Po tym, jak cała wieś zaczęła mówić o mnie jak o kimś „nie do ludzi”, przestałem chodzić nawet do sklepu. A jednak dalej uważam, że wtedy zrobiłem to, co trzeba
„Ty już nie masz po co do nas przychodzić, bo wszyscy wiedzą, jaki jesteś” – to usłyszałem od szwagierki przy stole, w drugi dzień świąt, przy sałatce i zimnym barszczu. Nie gdzieś na osobności, tylko normalnie, przy wszystkich. Teściowa spuściła wzrok, moja żona siedziała cicho, a szwagier tylko mieszał herbatę, jakby go tam w ogóle nie było.
I od tego się zaczęło, a może bardziej – wtedy już pękło całkiem.
Poszło o mojego ojca. Po udarze został sam w starym domu 20 km od nas. Siostra mieszka w Niemczech, przylatuje dwa razy do roku i najwięcej ma do powiedzenia przez telefon. Ojciec uparty jak był, tak jest. Opiekunki nie chciał, do mieszkania u nas też nie. Ja z żoną mamy 3 pokoje w bloku, dwójkę dzieci i kredyt. Pracuję na magazynie pod Poznaniem, zmiany różne, raz 6–14, raz nocki. Żona w przychodni na rejestracji. Nie jesteśmy z gumy.
Na początku ogarniałem wszystko sam. Zakupy z Biedronki, leki, opał na zimę, zawiozłem go do neurologa prywatnie, bo na NFZ termin na jesień, 280 zł za wizytę. Potem łazienkę mu zrobiłem prawie od nowa z kumplem – brodzik wywaliłem, weszła kabina z siedziskiem, poręcze, sedes wyższy. Materiały ponad 6 tysięcy, robocizny nikomu nie liczę, bo robiłem po pracy i w soboty. Żona marudziła, że mnie w domu nie ma, ale wtedy mówiłem wprost: „Jak ja tego nie zrobię, to kto?”
I w pewnym momencie powiedziałem, że więcej nie dam rady codziennie tam jeździć. Że albo bierze opiekę z MOPS-u, choćby na parę godzin, albo składamy papiery do domu pomocy. Nie luksus, tylko normalny, powiatowy. Ojciec się obraził. Powiedział, że chcę go oddać jak stary mebel. Siostra zadzwoniła z pretensjami, że „wygodnie mi się pozbyć problemu”. Łatwo mówić z Hamburga.
Ale prawda jest taka, że już wtedy sypało mi się wszystko. Zasypiałem za kierownicą. Młody raz powiedział: „Tata, ty tylko do dziadka jeździsz”. Żona wybuchła, jak odwołałem córce występ w szkole, bo ojciec znów nie odebrał telefonu i pojechałem sprawdzać, czy żyje. W domu non stop napięcie. Rachunki, raty, paliwo po 6,80, a ja tygodniowo robiłem po 300 km tylko wokół tego wszystkiego.
Więc postawiłem sprawę jasno. Załatwiłem wywiad środowiskowy, papiery, nawet miejsce się znalazło szybciej, niż myślałem. I wtedy się zaczęło gadanie.
Najpierw rodzina. Potem sąsiedzi ojca. Potem u nas. Ktoś widział karetkę transportową, ktoś coś dopowiedział. W sklepie pod blokiem dwie baby ucichły, jak wszedłem. Na zebraniu wspólnoty jeden facet rzucił: „Niektórzy to rodziców oddają, a potem wielce porządni”. Niby nie do mnie, ale każdy wiedział.
Najgorsze było to, że żona też nie stanęła po mojej stronie tak normalnie, konkretnie. Nie powiedziała, że zrobiłem źle. Bardziej: „Może dało się jeszcze trochę wytrzymać”. Tylko że to „trochę” zawsze spada na jednego człowieka. Nikt nie liczy, ile razy człowiek odwołał swoje sprawy, ile wydał, ile dźwigał, ile nocy nie spał. Liczy się obrazek: syn oddał ojca.
A ja go nie „oddałem”. Ja go urządziłem tam najlepiej, jak umiałem. Ma rehabilitację, trzy posiłki, pielęgniarkę na miejscu. Jak miał infekcję, to od razu ktoś zareagował, a nie jak wcześniej, że leżał i udawał, że wszystko dobrze. Jeżdżę do niego co tydzień. Płacę, dowożę rzeczy, ogarniam sprawy. Nie zniknąłem.
Tylko że ojciec przy każdej wizycie potrafi powiedzieć: „Długo nie posiedź, wiem, że ci tu niewygodnie”. Albo przy innych: „Syn zapracowany, nie miał czasu dla starego”. Niby spokojnie, bez krzyku, ale człowieka to gryzie bardziej niż awantura. I nie wiem, czy on tak naprawdę cierpi przez miejsce, czy przez to, że przegrał z własną starością. Może jedno i drugie.
Od tamtych świąt rzadziej jeżdżę na rodzinne spotkania. Nie dlatego, że się obraziłem. Po prostu mam dość min, półsłówek i tego, że każdy jest mądry cudzym kosztem. Człowiek zaczyna sam się zastanawiać, czy naprawdę jest taki twardy, jak sobie tłumaczy, czy może po prostu chciał odzyskać święty spokój. Tylko czy chęć normalnego życia z własną rodziną to już egoizm?
Ja dalej uważam, że zrobiłem odpowiedzialnie, bo patrzyłem na to, co realnie da się udźwignąć, a nie jak to wygląda przed ludźmi. Ale nie ukrywam – od kiedy widzę, jak patrzą, czasem sam się łapię na tym, że widzę siebie ich oczami.
I teraz pytanie do was: człowiek ma żyć pod opinię wszystkich dookoła, czy jednak wolno mu podjąć decyzję, która jest do uniesienia, nawet jeśli potem do końca nosi za nią łatkę?