Po kryjomu nosiłam jej kanapki. Najgorsze jest to, że wszyscy w bloku wiedzieli, a i tak udawaliśmy, że nic się nie dzieje
Zobaczyłam ją na półpiętrze, jak zlizywała dżem z papierka po cukierkach, który ktoś rzucił pod skrzynki. Miała może sześć lat, brudne kolana, za dużą bluzę i ten wzrok, którego nie umiem zapomnieć do dziś. Nie taki dziecięcy. Bardziej czujny, jak u starego człowieka. Stałam z siatką po zakupach i przez chwilę udawałam przed samą sobą, że tego nie widzę. Potem wyjęłam z torby bułkę i podałam jej tak szybko, jakbym robiła coś wstydliwego.
Mieszkała dwa piętra niżej z matką i jej facetem. W naszym bloku wszyscy wiedzieli, co tam się dzieje. Awantury po nocach, tłuczone talerze, smród papierosów na klatce, czasem płacz dziecka, a czasem taka cisza, że aż człowieka ściskało. Ludzie kręcili głowami przy skrzynkach, na parkingu, przy śmietniku. Każdy miał coś do powiedzenia, ale tylko szeptem. Bo nikt nie chciał mieć potem policji pod drzwiami, opieki społecznej, zeznań, chodzenia po urzędach. Każdy miał swoje życie.
Ja też miałam swoje. Męża, kredyt hipoteczny, pracę na pół etatu w sklepie i wieczne liczenie, czy starczy do pierwszego. Mój mąż, Andrzej, nie był złym człowiekiem, ale był z tych, co mówią, że w cudze sprawy nie należy się pchać, bo potem człowiek sam ma kłopoty. Znałam go. Gdyby się dowiedział, że noszę tej małej jedzenie, powiedziałby, że ściągam nam problem na głowę. Że jeszcze matka małej oskarży mnie o Bóg wie co. Albo że opieka społeczna zacznie wypytywać, czemu wiedzieliśmy i nie zgłosiliśmy wcześniej.
Więc robiłam to po cichu. Kanapki zawijane w serwetkę. Czasem jogurt, jabłko, parówki z obiadu. Dawałam jej na klatce, czasem wystawiałam reklamówkę za rurę przy piwnicy i mówiłam, żeby wzięła. Nigdy nie brała łapczywie przy mnie. Zawsze najpierw patrzyła, czy ktoś nie idzie.
Najgorsze było to, że ona się do tego przyzwyczaiła. Zaczęła czekać. Siedziała na schodach albo kręciła się pod blokiem, jakby niby bawiła się kamykami. A ja zamiast poczuć, że robię coś dobrego, czułam coraz większy ciężar. Bo to już nie była jednorazowa pomoc. To było łatanie dziury, której nie dało się załatać bułką z masłem.
Raz przyszła do mnie wieczorem. Sama. Otworzyłam drzwi, a ona stała boso w rozpiętej kurtce i zapytała, czy mam herbatę. Nie o jedzenie. O herbatę. To mnie rozwaliło bardziej niż wszystko inne.
Wpuściłam ją do kuchni, dałam kubek, zupę, usiadła cicho jak mysz. I wtedy wszedł Andrzej. Spojrzał na nią, potem na mnie, i od razu wiedziałam, że będzie źle.
Nie krzyczał. To było gorsze.
Powiedział tylko, że jak już zaczęłam, to teraz trzeba to zgłosić, a nie bawić się w matkę Teresę po kątach. Że jak ją teraz odeślemy, a tam się coś stanie, to będziemy to mieć na sumieniu. A jak zostawimy to tak, jak jest, to też jesteśmy umoczeni. Wkurzyłam się, bo łatwo mu było mówić w tej jednej chwili, kiedy wcześniej przez lata nawet nie chciał słyszeć o „cudzych awanturach”.
Pokłóciliśmy się przy dziecku. Do dziś mam za to do siebie obrzydzenie.
Następnego dnia zadzwoniłam do opieki społecznej. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo trafiłam w ekran. Potem była policja, wywiad, sąsiedzi nagle głusi i ślepi. Jedna sąsiadka powiedziała nawet, że przesadziłam, bo „teraz mała pójdzie do domu dziecka i będziesz miała satysfakcję”. Jakby to była moja wina, nie ich wszystkich.
Dziewczynkę zabrano po jakimś czasie do rodziny zastępczej. Nie od razu. Najpierw były kontrole, obietnice poprawy, kolejna awantura, kolejne picie. Ten cały polski teatr naprawy, kiedy wszyscy już wiedzą, że będzie źle, ale jeszcze udają, że może jednak nie.
Minęło wiele lat, a ja dalej pamiętam, jak brała ode mnie ciepłą bułkę obiema rękami, jakby bała się, że jej ktoś wyrwie. I nie umiem sobie odpowiedzieć, czy byłam dla niej pomocą, czy tylko wygodnym przystankiem między jednym zaniedbaniem a drugim.
Bo prawda jest taka, że karmiłam dziecko, ale długo nie miałam odwagi stanąć po jego stronie naprawdę.
Czasem myślę, że człowiek najbardziej boi się nie obcych ludzi, tylko tego, co zobaczy w lustrze, kiedy już przestanie się tłumaczyć.
I chyba do końca życia będę się zastanawiać, czy zrobiłam wtedy tyle, ile mogłam, czy tylko tyle, ile było mi wygodnie znieść.