„Powiedziałem żonie, że jej matka nie wróci już do nas. I do dziś nie wiem, czy postąpiłem jak odpowiedzialny facet, czy po prostu pękłem”
Powiedziałem żonie wprost przy kuchennym stole: „Jak twoja mama wyjdzie ze szpitala, to nie wróci już do nas”. I od razu zrobiła się cisza taka, że aż lodówkę było słychać.
Żona najpierw myślała, że żartuję. Potem powiedziała: „Ty chyba siebie słyszysz?”. A ja jej odpowiedziałem spokojnie, bo to nie była awantura z tych o byle co, tylko coś, co we mnie siedziało od miesięcy: „Słyszę. I właśnie dlatego to mówię teraz, a nie za tydzień, jak znowu wszystko spadnie na mnie”.
Teściowa mieszkała z nami prawie dwa lata. Najpierw „na chwilę”, po operacji biodra. Mieszkanie na czwartym piętrze bez windy, więc wiadomo było, że sama sobie nie poradzi. Ja nie robiłem problemu. Mam 48 lat, pracuję jako kierownik zmiany w magazynie pod Wrocławiem, człowiek nie z takich rzeczy rodzinę wyciągał. Mamy z żoną segment na obrzeżach, kredyt jeszcze 11 lat, syn w technikum, córka na studiach zaocznych i dorabia w Żabce. Miejsca niby było mało, ale daliśmy radę. Zrobiliśmy teściowej pokój po córce, kupiłem łóżko rehabilitacyjne używane za 1800 zł, załatwiałem chodzik, woziłem ją na kontrole do przychodni i do ortopedy, stałem w kolejkach do apteki. Jak trzeba było w nocy pomóc dojść do toalety, to też wstawałem, bo żona rano do urzędu.
Na początku każdy mówił „dziękuję”. Po pół roku już nikt nie mówił. Zostały obowiązki.
Teściowa nie jest zła. Żeby była jasność. To nie jest jakaś potworna baba z serialu. Tylko że z czasem zrobiło się tak, że cały dom zaczął chodzić pod jej rytm, humor i lęki. Telewizor od rana na full, bo „nie słyszy”, ale aparat słuchowy leżał w szufladzie, bo „piszczy”. Obiady osobno, bo ona „tego nie zje”, „to za twarde”, „to za ostre”. Jak wracałem po 10 godzinach z roboty, to słyszałem od progu: „Pan przyjdzie, bo pilot nie działa”, „kaloryfer zimny”, „internet zniknął”, „ta herbata za słaba”. Niby drobiazgi, ale codziennie. Bez końca.
Najgorzej było z żoną, bo ona się między nami rozrywała. Z jednej strony matka, wiadomo. Z drugiej dom, dzieci, robota. Tylko że praktycznie wyglądało to tak, że jak coś grubszego było do ogarnięcia, to ja. Kąpanie? Ja, bo „mama się przy tobie mniej krępuje niż przy obcej”. Znoszenie zakupów? Ja. Pranie po nocy, bo nie zdążyła do łazienki? Ja. Jak mówiłem, że już nie daję rady, słyszałem: „To moja matka, mam ją oddać obcym ludziom?”.
Tylko że ja nigdy nie mówiłem, żeby ją „oddać”. Mówiłem, żeby załatwić opiekę choć trzy razy w tygodniu, żeby poszukać ZOL-u, DPS-u prywatnego, czegokolwiek przejściowego. Policzyłem nawet koszty. Przy jej emeryturze i dopłacie od nas dałoby się coś znaleźć w promieniu 30-40 km. Nie Hilton, ale czysto i z personelem. Żona od razu: „Chcesz się pozbyć problemu”. A ja właśnie problem dźwigałem codziennie.
Punktem granicznym była zima. Rano po nocce zasnąłem na dwie godziny i obudził mnie dym. Teściowa sama nastawiła garnek, bo „chciała tylko podgrzać zupę”, i zasnęła w fotelu. Nic wielkiego się nie stało, ale mogło. Mamy piekarnik, meble na wymiar, kot ledwo uszedł. Stałem potem na tarasie w kurtce i aż mi ręce chodziły, nie ze złości, tylko z takiego zmęczenia, którego już nie umiałem schować.
Wieczorem powiedziałem żonie: „Albo organizujemy profesjonalną opiekę, albo ja się wyprowadzam na jakiś czas do brata, bo dłużej tak nie pociągnę”.
Żona się popłakała. Powiedziała: „Teraz, kiedy mama jest coraz słabsza? Serio?”.
Ja na to: „Właśnie teraz. Bo jak całkiem siądę, to będziesz miała matkę do opieki i męża do psychiatry”.
Brzmi brutalnie, wiem. Ale tak wyglądała prawda. Ciśnienie mi skakało, zacząłem brać tabletki na sen, w pracy dwa razy pomyliłem dostawy, a ja nigdy takich numerów nie odwalałem. Syn przestał siedzieć na dole, tylko zamykał się w pokoju. Córka przyjeżdżała rzadziej, bo jak mówiła, „u nas jest wiecznie nerwowo”. Nawet pies reagował na każdy głośniejszy dźwięk.
Potem teściowa trafiła do szpitala, zapalenie płuc, odwodnienie, ogólne osłabienie. I wtedy padła ta rozmowa przy stole. Żona chciała po wypisie znów przywieźć ją do nas, „na spokojnie, zobaczymy”. Ja już nie chciałem żadnego „zobaczymy”, bo u nas każde „na chwilę” robiło się na rok.
Powiedziałem żonie, że pomogę wszystko załatwić. Pojadę, podpiszę, dopłacę, będę odwiedzał, zrobię remont łazienki w jej mieszkaniu, jeśli wróci tam z opieką dochodzącą. Ale do naszego domu już nie. Bo ten dom przestał być domem. Był punktem opieki całodobowej, tylko bez personelu, bez zmian i bez końca.
Żona do dziś uważa, że postawiłem ją pod ścianą. Może tak było. Z drugiej strony ile razy można mówić spokojnie, liczyć koszty, proponować rozwiązania, zanim człowiek w końcu walnie pięścią w stół?
Teściowa jest teraz w ośrodku rehabilitacyjno-opiekuńczym pod Trzebnicą. Żona jeździ do niej co drugi dzień i jest między nami chłód, jakiego wcześniej nie było. Ja też jeżdżę, nie wymiguję się. Biorę jej rzeczy, załatwiam leki, gadam z personelem. Ale jak wracam, to pierwszy raz od dawna w domu jest cicho. I powiem szczerze: ta cisza mi ulżyła.
Tylko właśnie od tego mam największe wyrzuty. Bo jeśli człowiek czuje ulgę, kiedy ciężar znika, to znaczy, że postawił zdrową granicę czy po prostu zawiódł rodzinę w momencie, kiedy najbardziej go potrzebowała?