Natura wie lepiej niż naukowcy?

Słuchajcie, to jest niesamowite, z jaką pewnością dzisiejsi „mądrzy” w białych kitlach potrafią nam wmówić, że tylko to, co wyjdzie z ich sterylnej probówki i zostanie przeliczone przez komputer, ma prawo działać. Idziesz do lekarza, słyszysz o „nowoczesnych terapiach”, „syntetycznych związkach” i nagle masz wrażenie, że jak coś nie kosztuje miliona dolarów i nie powstało w laboratorium w Szwajcarii, to jest to jakaś zabobonna metoda z czasów, kiedy leczono ludzi modlitwą i pijawkami.

A teraz uważajcie. Okazuje się, że gdzieś na Antarktydzie, w miejscu, gdzie normalny człowiek przeżyłby może godzinę, siedzi sobie taki mały, gliniasty organizm – żebropław. I ten gość, bez żadnego doktoratu z chemii, bez dostępu do superkomputerów, produkuje bakterię, która potrafi wybić komórki raka, nie ruszając przy tym zdrowych tkanek. Rozumiecie to? Jakiś dziwny stwór z lodowatego oceanu robi dokładnie to, nad czym najdroższe laboratoria świata głowią się od dekad, pompując w to miliardy.

I tu zaczyna się ten cały cyrk. Bo jak tylko naukowcy to zauważyli, to zamiast powiedzieć: „Kurczę, chyba nie wiemy o życiu tyle, co nam się wydawało”, zaczęli kombinować. Słyszę teraz, że te naturalne związki to tylko „szablony”. Że trzeba to wszystko rozebrać na części, zsyntetyzować w laboratorium, żeby było „bezpieczne” i „skalowalne”. No przecież to jest absurd. To tak, jakbym kupił świetnie działający silnik do traktora, który nie dojedzie do końca miedzy, a potem stwierdził, że muszę go rozebrać na śrubki i odlać od nowa w hucie, żeby mieć pewność, że on na pewno będzie działał. Przecież on już działa!

Zawsze mnie to irytowało w ludziach, którzy uważają się za ekspertów. Ta ich niezachwiana pewność, że natura to tylko taki „brudny szkic”, który człowiek musi poprawić, żeby stał się użyteczny. Bo przecież my, w naszych klimatyzowanych biurach, wiemy lepiej niż ewolucja, która szlifowała te mechanizmy przez miliony lat w ekstremalnych warunkach.

Zastanówcie się nad tym na chłopski rozum. Jeśli coś działa w naturze, to znaczy, że ma jakąś swoją logikę. Może ta cała skuteczność tego żebropławia nie tkwi w jednej konkretnej cząsteczce, którą da się zamknąć w tabletce, tylko w tym, jak on współpracuje z tymi swoimi bakteriami? W tej całej symbiozie, której żaden program komputerowy nie jest w stanie zasymulować? A my co? My chcemy tego „wyprecyzować”, „ustandaryzować”. Chcemy to wcisnąć w ramy naszych procedur, bo tak jest wygodniej i tak można to sprzedać w aptece.

Biorę to na warsztat i widzę jedną wielką dziurę w rozumowaniu. Z jednej strony słyszę, że medycyna jest teraz „najbardziej zaawansowana w historii”, a z drugiej okazuje się, że najskuteczniejsza broń przeciwko mutacjom komórkowym znajduje się w najbardziej niedostępnych kątach ziemi, w organizmach, które z nami nie mają absolutnie nic wspólnego. No coś tu nie gra. Albo my kompletnie nie rozumiemy, jak działa biologia, albo po prostu szukamy rozwiązań tam, gdzie nam najwygodniej, a nie tam, gdzie one faktycznie są.

Najbardziej bawi mnie to, jak pewnie ludzie powtarzają te wszystkie formułki o „bezpieczeństwie syntetycznych leków”. Kto z nich potrafi naprawdę wyjaśnić, dlaczego natura miałaby być „niebezpieczna” lub „nieprecyzyjna” w porównaniu do czegoś, co wyszło z fabryki chemicznej? Większość z nas po prostu wierzy na słowo, bo tak napisali w artykule albo powiedział pan w telewizji. Przyjmujemy gotowe wnioski, których sami nie potrafilibyśmy obronić w żadnej dyskusji.

Siedzimy w tym przekonaniu, że jesteśmy panami stworzenia i że każdą chorobę da się „wyliczyć” i „zaprojektować”. A tymczasem natura pokazuje nam środkowy palec, wysyłając nam sygnał z Antarktydy, że rozwiązanie problemu, nad którym łamiemy sobie głowy, istnieje od zawsze, tylko jesteśmy zbyt dumni, żeby przyznać, że nasza „precyzyjna inżynieria” może być po prostu niepotrzebnym komplikowaniem prostych rzeczy.

Słucham tych wszystkich zapewnień o postępie i zastanawiam się, czy my w ogóle nie idziemy w całkowicie złym kierunku, próbując zastąpić naturalną logikę chemiczną sztucznością, tylko dlatego, że tak łatwiej kontrolować proces.

Skoro najskuteczniejsze mechanizmy walki z rakiem znajdują się w organizmach, które nie mają z nami nic wspólnego, to na jakiej podstawie jesteście tak pewni, że obecny sposób projektowania leków w ogóle ma sens?