Cała ta medyczna norma to jedna wielka pomyłka
Słuchajcie, to jest ten moment, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy te wszystkie mądre głowy w białych fartuchach w ogóle wiedzą, co robią, czy po prostu zgadują i liczą na to, że nikt nie zada głupiego pytania.
Siedzę sobie ostatnio i czytam o tym, jak to niby powinno wyglądać z naszymi jelitami. No wiecie, te wszystkie „normy”, standardy, medyczne podręczniki. Przez lata wmawiano nam, że zdrowy dorosły człowiek puszcza gazy z pięciu do piętynaście razy dziennie. Kropka. Taka jest norma, tak działa organizm, koniec dyskusji. Ktoś to kiedyś wymierzył, zapisał w książce i przez dekady wszyscy w to wierzyli, bo przecież „nauka tak mówi”.
Tyle że teraz weszły te wszystkie nowe czujniki, jakieś nowoczesne mierniki i nagle okazuje się, że ta cała „norma” to była jakaś bajka. Nowe dane mówią, że średnio to jest raczej 32 razy. Ponad dwa razy tyle, co wcześniej! I teraz zapytam was – i siebie – jak to możliwe? Jak można się tak koncertowo pomylić w czymś tak podstawowym? To tak, jakby mechanik przez dwadzieścia lat twierdził, że auto pali 5 litrów na setkę, a potem nagle wyszło, że pali 11, bo wcześniej po prostu źle patrzył na licznik.
Ale to jeszcze nie jest najśmieszniejsze. Najlepsze jest to, że znaleźli ludzi na identycznej diecie – jem to samo co ty, piję to samo, żyję tak samo – a jeden z nich puszcza gazy 4 razy dziennie, a drugi 175 razy. Sto siedemdziesiąt pięć! Czy wy sobie wyobrażacie tę rozbieżność? To nie jest różnica, to jest zupełnie inny świat.
I tutaj wchodzą ci wszyscy eksperci z ich wyjaśnieniami. Jeden mówi, że stare badania były do kitu, bo testy były zbyt inwazyjne i ludzie się stresowali, więc nie zachowywali się naturalnie. Drugi twierdzi, że każdy ma inny mikrobiom i że „średnia” w ogóle nie istnieje. No i super, piękne teorie. Ale zauważcie jedną rzecz: oni nie mają pojęcia, która z tych wersji jest prawdziwa. Po prostu rzucają różnymi pomysłami, żeby jakoś załatać dziurę w tej swojej „pewności”.
To mnie w ogóle w tym wszystkim irytuje. Ta niesamowita pewność siebie, z jaką lekarz czy inny specjalista mówi ci: „wszystko jest w normie”, podczas gdy ta „norma” jest tak rozciągliwa, że można w niej zmieścić cały cyrk. Jak można używać częstotliwości czegoś tak zmiennego jako narzędzia diagnostycznego? To tak, jakbym chciał ocenić stan techniczny domu po tym, ile razy w ciągu dnia skrzypią w nim drzwi. No przecież to jest absurd.
Zawsze mnie to uderza w ludziach, którzy uważają, że skoro coś jest napisane w literaturze medycznej, to jest to prawdą objawioną. Przecież to są tylko wnioski wyciągnięte z jakichś próbek, z jakichś grup ludzi, którzy może w ogóle nie przypominali nas. A my to łykamy bez mrugnięcia okiem. Powtarzamy te formułki: „to jest zdrowe”, „to jest normalne”, „to jest standard”, choć w rzeczywistości nikt nie potrafi nam wyjaśnić, dlaczego jeden zdrowy facet robi to 4 razy, a inny 175 i obaj są uznawani za „zdrowych”.
Gdzie tu jest logika? Gdzie jest ten konkret, na którym można polegać? Bo na razie widzę tylko wielką dziurę w wiedzy, którą przykrywa się pewnym siebie tonem głosu. To jest typowe – najpierw ogłasza się światu niepodważalną zasadę, a potem, jak wyjdzie, że była błędna, to mówi się, że „nauka ewoluuje”. Ja to nazywam po prostu błądzeniem po omacku, tylko w bardzo drogich ubraniach.
Zastanawia mnie tylko jedno: dlaczego tak wielu z was jest w stanie bezkrytycznie przyjąć taką „normę”, skoro wystarczy jedno spojrzenie na te liczby, żeby zobaczyć, że to się kompletnie nie klei?
Skąd bierzecie tę pewność, że to, co dzisiaj nazywa się „normą zdrowia”, nie okaże się za pięć lat kompletną pomyłką, bo ktoś w końcu postanowił sprawdzić to rzetelnie, a nie na podstawie kilku wygodnych założeń?