Cała ta pewność naukowców to jedna wielka ściema

Słuchajcie, to jest dokładnie tak samo jak z tymi „niezniszczalnymi” maszynami, które kupuje się w markecie z dziesięcioletnią gwarancją. Sprzedawca przysięga na wszystko, że to pancerny sprzęt, instrukcja mówi, że wytrzyma każdą pogodę, a potem wystarczy jedna wilgotna jesień i wszystko pada, bo ktoś zapomniał o jednej uszczelce. I nagle okazuje się, że ta cała „pewność” producenta była warta tyle, co papier, na którym ją wydrukowano.

No i teraz mamy to samo z tym całym AMOC, czyli tym wielkim prądem na Atlantyku, który ma niby pilnować, żebyśmy w Europie nie zamarzli jak w lodówce. Od lat słyszę w wiadomościach i czytam w artykułach, że wszystko jest pod kontrolą, że modele są dokładne, a naukowcy wiedzą dokładnie, jak to działa i o ile ten prąd zwolni. Taka pewność siebie, że aż głowa boli. Jakby to była prosta matematyka: dwa plus dwa równa się cztery i koniec tematu.

A potem nagle wyskakują nowe badania i co? I okazuje się, że te wszystkie „fundamenty”, na których budowano te pewne prognozy, mogą mieć dziury wielkości krateru. Podobno pomylili się w obliczeniach zasolenia wody i temperatury. No przecież to jest podstawa! To tak, jakbyś budował dom, był absolutnie pewny, że fundamenty są proste, a po pięciu latach ktoś ci mówi: „Słuchaj, tak właściwie to nikt nie sprawdził poziźnicy, może ten dom stoi pod kątem piętnastu stopni”.

I teraz najciekawsze. Z jednej strony mamy tych, którzy krzyczą, że jesteśmy na krawędzi katastrofy i że system jest kruchy jak porcelana. Z drugiej strony są ci, którzy mówią, że nowe modele są tak samo niepewne jak stare. I wiecie co? To jest właśnie to, co mnie najbardziej irytuje w tym całym podejściu. Ta niesamowita pewność siebie ludzi, którzy powtarzają wnioski z raportów, których sami nie potrafią wyjaśnić.

Siedzimy w tym wszyscy i słuchamy, że „konsensus jest jasny”. Jaki konsensus? Przecież jeśli najnowocześniejsze modele potrafią tak drastycznie różnić się w wynikach, to znaczy, że ten cały konsensus to była raczej kwestia wygody niż twardych faktów. To jest dokładnie to samo, co w życiu – każdy chce mieć szybką odpowiedź, chce czuć, że panuje nad sytuacją, więc bierze pierwszą lepszą teorię, która brzmi mądrze, i uznaje ją za prawdę objawioną.

Biorę to na chłopski rozum. Jeśli prąd zwalnia, to super, że to zmierzyli. Ale skąd ta pewność, że to nasza wina, a nie zwykły cykl natury, który trwa od tysięcy lat i po prostu teraz akurat tak wypada? Bo przecież nikt nie jest w stanie tego udowodnić na sto procent. Ale nie, w mediach usłyszycie, że to „oczywiste”. Nic nie jest oczywiste, kiedy zmienne w równaniu są niepełne.

Zawsze mnie to dziwiło, że ludzie tak łatwo łykają te wszystkie „pewne projekcje”. Przecież to jest ocean. Gigantyczna masa wody, której nie rozumiemy nawet w połowie. A my udajemy, że mamy to wszystko rozpisane w Excelu i wiemy, co się stanie za trzydzieści lat. To jest szczyt arogancji.

Najbardziej bawi mnie to, jak pewnie niektórzy z was teraz myślą: „No tak, on nie jest naukowcem, nie rozumie złożoności modeli klimatycznych, pewnie myśli, że to tylko woda w rurze”. No właśnie. I to jest ten punkt. Bo ta cała „złożoność” to często tylko ładne słowo, którym przykrywa się fakt, że nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego jeden model mówi „A”, a drugi „B”.

Siedzimy w tej pewności, że system jest stabilny, dopóki ktoś nie powie, że nie jest. Potem wierzymy, że jest krytyczny, dopóki ktoś inny nie powie, że to tylko błąd w obliczeniach. Kręcimy się w kółko, powtarzając formułki, których nie rozumiemy, i nazywamy to wiedzą.

Skoro te wasze najmądrzejsze modele potrafią tak koncertowo rozjechać się w podstawowych założeniach, to z jakiej pychy w ogóle zakładacie, że którykolwiek z nich ma rację?