„Powiedziałem dzieciom, że nie mamy luksusu robić tego ‘na spokojnie’. Od tamtej kłótni w domu nikt nie patrzy na mnie tak samo”
„Ty byś najchętniej zajechał wszystkich, byle było zrobione na termin” – to usłyszałem od córki przy kuchennym stole, przy herbacie, nie w jakiejś wielkiej awanturze. I chyba właśnie dlatego to we mnie tak zostało.
Sprawa dotyczy domu po moich rodzicach pod Płońskiem. Stary budynek, lata 80., wszystko robione porządnie jak na tamte czasy, ale dziś już nie przechodzi. Dach przeciekał przy kominie, instalacja elektryczna była aluminiowa, łazienka do skucia, szambo do poprawki, a na górze dwa pokoje niewykończone od trzydziestu lat. Przez lata stało to jako tako, bo mama tam mieszkała. Jak zmarła w zeszłym roku, trzeba było podjąć decyzję: albo sprzedajemy za grosze jako „do generalnego remontu”, albo robimy najpilniejsze rzeczy i przygotowujemy dom dla syna z jego rodziną, bo oni od dwóch lat gnietli się w wynajętym mieszkaniu w Ciechanowie, 2600 plus opłaty.
I teraz najważniejsze: był termin. Synowej kończyła się umowa najmu, właściciel już zapowiedział podwyżkę. Do tego syn dostał pracę na miejscu, w firmie od okien, ale od września. Gdybyśmy nie ogarnęli domu do końca sierpnia, to zostawali bez sensownego wyjścia. Albo kolejny drogi wynajem, albo mieszkanie kątem u nas w bloku, w trzy pokoje, z dorosłą córką pracującą zdalnie. Kto mieszkał w takim ścisku, ten wie, że to nie jest rozwiązanie na miesiąc, a co dopiero na pół roku.
Normalnie taki remont robi się etapami. Najpierw dach. Potem elektryka. Potem tynki, hydraulika, łazienka, podłogi. Każdy fachowiec wchodzi po drugim. Bezpieczniej, czyściej, spokojniej. Tylko że wtedy robilibyśmy to do zimy albo dłużej. Same terminy ekip były absurdalne. Jeden elektryk z Nasielska powiedział mi wprost: „Panie, mogę wejść w październiku, wcześniej nie ma mowy”. Dekarz chciał 24 tysiące za samą robociznę i termin „jak pogoda pozwoli”.
Więc zaproponowałem, że robimy systemem gospodarczym i równolegle. Mój szwagier zna się na elektryce. Ja całe życie pracowałem w utrzymaniu ruchu w zakładzie i nie jestem od machania rękami. Syn robił już wykończeniówkę po godzinach. Córka ogarniała zamówienia, telefony, Vinted sprzedała pół domu po babci, żeby było na materiały. Żona gotowała, sprzątała, jeździła po Castoramach i marketach budowlanych, czasem też skrobała ściany. Chodziło o to, żeby w jednym czasie robić kilka rzeczy. Na dole zrywanie płytek, na górze kucie pod puszki, w łazience hydraulika, na zewnątrz przygotowanie pod szambo.
Tak, było ciasno. Tak, było nerwowo. Wchodziliśmy sobie w drogę. Kurz był wszędzie. Pracowaliśmy po pracy i w weekendy. Nieraz do 23. Sam zwoziłem gruz przyczepką, liczyłem paragony, pilnowałem, żeby nic nie stanęło przez brak kleju czy przewodów. I jasno mówiłem: „Nie mamy komfortu robić tego książkowo, bo terminu nikt nam nie przesunie”.
Syn na początku był za mną. Mówił: „Tata, ciśniemy, bo inaczej się zakopiemy”. Problem zaczął się, kiedy weszły najcięższe tygodnie. W sobotę dekarz-złota rączka, którego udało się załatwić po znajomości, robił obróbki, a my w tym samym czasie w środku ciągnęliśmy przewody i wynosiliśmy stare meble. Schody wąskie, wszędzie worki, narzędzia, przedłużacze. Córka raz prawie zleciała z drabinki, bo ktoś zostawił wiadro pod nogami. Synowa, będąc w ciąży, przyjechała tylko zawieźć obiad i powiedziała, że to wygląda jak plac budowy bez kierownika.
I miała rację, bo to był plac budowy bez kierownika.
Ale z drugiej strony – co mieliśmy zrobić? Czekać rok? Płacić obcym za każdą godzinę, kiedy my mamy ręce i głowy? Ja nie kazałem nikomu chodzić po dachu bez zabezpieczeń ani kuć ścian po ciemku. Pilnowałem, żeby były rękawice, okulary, maski. Kupiłem lepszą drabinę, choć kosztowała 700 zł, i rusztowanie warszawskie używane od sąsiada. Naprawdę nie pchałem ludzi na śmierć, tylko wymagałem tempa.
Największa kłótnia była o łazienkę. Fachowiec, którego mieliśmy na hydraulikę, mógł wejść tylko na dwa dni, ale pod warunkiem, że łazienka będzie wcześniej skute do zera i przygotowana. Ja powiedziałem, że w piątek po pracy wszyscy jedziemy i robimy to do nocy. Córka wtedy powiedziała: „Nie jadę. Ja od miesiąca nie mam weekendu, mam swoją pracę i już mnie plecy bolą od noszenia tego wszystkiego”.
Odpowiedziałem jej może za ostro, ale szczerze: „To nie jest zachcianka, tylko sprawa dachu nad głową twojego brata”.
Na to żona: „Ale ona nie jest twoim pracownikiem”.
I wtedy poszło.
Powiedziałem, że każdy korzysta z tego domu pośrednio, bo jak syn z rodziną się tam wprowadzi, to nam wszystkim spadnie z głowy problem. Że nie odmawiamy sobie dla fanaberii, tylko żeby rodzinę ustawić. Że ja też po robocie nie leżę, tylko od trzech miesięcy codziennie jadę tam i wracam po nocy. Że wydałem oszczędności, zrezygnowaliśmy z urlopu nad morzem, sprzedałem motocykl, żeby starczyło na okna i piec. Naprawdę uważałem i dalej uważam, że jeśli rodzina ma wspólny cel, to każdy powinien coś dołożyć.
Córka się rozpłakała i powiedziała coś, co mnie zabolało bardziej niż krzyk: „Ty wszystko liczysz workami kleju, kursami i fakturami. A nie widzisz, że ludzie już nie mają siły”.
Nie odpowiedziałem wtedy, bo byłem wściekły. Pojechałem sam. Skułem z synem pół łazienki, szwagier dokończył instalację, hydraulik wszedł, termin udało się utrzymać. Potem były kolejne akcje: wylewka schła, a my już malowaliśmy górę; kuchnia przyjechała, zanim skończyliśmy listwy; piec gazowy założyli dzień przed odbiorem kominiarskim. Wszystko na styk. Wszystko z językiem na brodzie.
Efekt jest taki, że syn z rodziną mieszkają już w tym domu. Nie w pałacu, ale u siebie. Rata za materiały i pożyczkę na dach wychodzi im mniej niż dawny najem. Dziecko ma swój pokój, ogródek jest, do pracy blisko. Patrząc na wynik, powiem uczciwie: gdybyśmy wtedy odpuścili tempo i robili „bezpiecznie, po kolei”, to do dziś stalibyśmy z gołymi ścianami.
Tylko że koszt też był. Żona do teraz ma do mnie żal o tę presję. Córka przyjeżdża rzadziej i jak temat schodzi na dom, to od razu jest chłód. Syn niby dziękuje, ale ostatnio powiedział: „Tata, drugi raz bym już tak nie robił”. A ja nie wiem, czy on mówi o remoncie, czy o tym, jak ich wszystkich dociskałem.
Ja dalej uważam, że termin miał znaczenie realne, nie symboliczne. Życie nie zawsze daje luksus komfortu, bezpieczeństwa i świętego spokoju naraz. Czasem trzeba wybrać. Jeśli odpuścisz termin, to konsekwencje też ponoszą ludzie – tylko później i inaczej: finansowo, mieszkaniowo, rodzinnie.
Ale od tamtej rozmowy wraca do mnie jedno zdanie córki, że widziałem głównie robotę, a mniej ludzi. I sam już nie wiem, gdzie jest granica między odpowiedzialnością a zwykłym dociskaniem bliskich, bo „tak trzeba”.
Gdybyście byli na moim miejscu, to co byście wybrali: robić wolniej i bezpieczniej, ryzykując, że sprawa rozwlecze się na lata, czy jednak cisnąć wszystkich, żeby zdążyć, skoro stawką był normalny dach nad głową dla rodziny?