Mąż zdradził mnie z koleżanką z pracy i teraz błaga o terapię. Nie wiem, czy ratować rodzinę dla dzieci, czy wreszcie odejść
„To nie było tak, jak myślisz” – usłyszałam, kiedy trzymałam jego telefon w ręce i czytałam wiadomości od jego koleżanki z pracy. Naprawdę nie wiem, co mnie bardziej uderzyło: sama zdrada czy to, że oni pisali do siebie jak para, a ja obok od miesięcy żyłam jak współlokatorka.
Nie grzebałam mu dla sportu. Zadzwonił wieczorem służbowy telefon, poszedł do łazienki, a jego prywatny został na stole. Ekran się zaświecił i wyskoczyło: „Tęsknię. Daj znać, jak zaśniesz”. Do dziś mam przed oczami te słowa. Otworzyłam, przeczytałam więcej. Były spotkania po pracy, hotel pod Poznaniem przy delegacji, wiadomości kasowane, ale nie wszystkie. Jak wrócił z łazienki, zapytałam tylko: „Od kiedy?”.
Usiadł i od razu było widać, że wie, że to koniec udawania. Powiedział: „Kilka miesięcy”. A potem dodał: „To już się skończyło”. Najgorsze, że ja nie zaczęłam krzyczeć. Powiedziałam tylko: „Nie dotykaj mnie”.
Jesteśmy 14 lat po ślubie, dwójka dzieci, kredyt na mieszkanie pod Wrocławiem, zwyczajne życie. Z zewnątrz pewnie wszystko się zgadzało. Oboje pracujemy, dzieci ogarnięte, wakacje nad morzem, święta raz tu, raz u teściów. Tylko prawda jest taka, że u nas od lat było chłodno. Nie kłóciliśmy się jakoś strasznie, ale też prawie ze sobą nie byliśmy naprawdę. Logistyka, rachunki, zakupy w Lidlu, kto odbiera młodszą z angielskiego, kto jedzie na wywiadówkę.
I teraz muszę uczciwie napisać, że to nie było tak, że tylko on zawalił, a ja byłam idealna. Ja też byłam daleko. Od dawna. Po drugiej ciąży zamknęłam się w sobie, byłam wiecznie zmęczona, potem praca, dom, moja mama chorowała, jeździłam do niej do szpitala i opieka spadła głównie na mnie. On próbował czasem zagadać, gdzieś wyjść, a ja mówiłam: „Nie mam głowy”. Z czasem przestał próbować. Tylko że dla mnie to dalej nie jest żadne usprawiedliwienie zdrady.
Jak dzieci poszły spać, usiedliśmy w kuchni. Powiedział: „Nie chcę cię stracić. Chcę ratować rodzinę. Pójdę na terapię, możemy iść razem”. Spytałam: „A jak długo byś jeszcze to ciągnął, gdybym nie zobaczyła?”. Milczał chwilę i powiedział: „Nie wiem”. To „nie wiem” zabolało mnie bardziej niż wszystko inne.
Następnego dnia nie poszłam do pracy. Siedziałam i liczyłam w głowie rzeczy, których wcześniej nie chciałam liczyć. Mieszkanie jest wspólne, kredyt jeszcze na 19 lat. Ja zarabiam mniej. Gdyby był rozwód, pewnie czekałaby nas sprzedaż albo spłata, a przy tych cenach wynajmu we Wrocławiu nie mam pojęcia, jak bym to udźwignęła z dziećmi. On o tym wie i powiedział: „Nie myśl, że chcę cię tu trzymać pieniędzmi”. Tylko że pieniądze są realne, niezależnie od intencji.
Najgorsze są zwykłe momenty. Robi herbatę i pyta, czy też mi zalać. Odbiera dzieci z treningu i zachowuje się normalnie. Włącza pralkę. A ja patrzę i myślę: kiedy pisał do niej? Jak wracał później z pracy, to naprawdę siedział na spotkaniu czy z nią? Czy jak mówił, że jest zmęczony, to był po całym dniu czy po niej?
Powiedział też coś, co mną wstrząsnęło, chociaż chyba było prawdziwe. „My od dawna nie byliśmy małżeństwem, tylko zespołem do obsługi życia”. I niestety coś w tym jest. Tylko że ja tego zespołu nie zdradziłam.
Rozmawiałam z siostrą i ona od razu: „Pakuj go albo siebie, bo inaczej będziesz to żuła latami”. Z kolei teściowa, która oczywiście już wie, powiedziała: „Każdy ma kryzysy, dzieci są najważniejsze”. I ja już sama nie wiem, czy ludzie naprawdę chcą dobra dzieci, czy po prostu boją się rozwodów bardziej niż życia w napięciu.
On od tygodnia bardzo się stara. Dał mi hasła do telefonu, do maila, mówi gdzie jest, wraca prosto do domu, sam znalazł terapeutkę od par na NFZ i prywatnie, gdyby terminy były za długie. Mówi: „Nie proszę, żebyś zapomniała. Proszę tylko, żebyś nie przekreślała wszystkiego od razu”. Ja mu powiedziałam wprost: „Może jestem w stanie iść na terapię, ale nie obiecuję, że zostanę”. Odpowiedział: „Masz do tego prawo”.
Tylko że we mnie siedzi też wstyd. Jak mam potem siedzieć z nim na imieninach u rodziny, wiedząc, że wszyscy będą patrzeć i myśleć swoje? Jak mam żyć z kimś, kogo telefon boję się usłyszeć? A z drugiej strony boję się rozwodu, sądu, dzielenia wszystkiego, tłumaczenia dzieciom, dlaczego tata będzie mieszkał gdzie indziej. Boję się też, że odejdę w złości, a za rok uznam, że nie dałam nam żadnej szansy.
Nie wybielam go, ale też nie chcę udawać, że przed zdradą byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Nie byliśmy. Tylko chyba myślałam, że ten chłód da się przeczekać i że jakoś samo wróci. Nie wróciło. Teraz nie wiem, czy terapia to realna próba naprawy, czy tylko ładniejsza wersja życia po zdradzie, którego i tak nie będę umiała unieść.
Na dziś mieszkamy razem, ale śpię w pokoju dzieci na materacu, kiedy młodsza przychodzi do mnie w nocy. On nie naciska. Ja też nie udaję, że jest dobrze. Chyba najbardziej boli mnie to, że nie potrafię już odróżnić, czy chcę ratować małżeństwo, czy tylko boję się rozwalić całe nasze poukładane życie.
Gdyby ktoś z was był w podobnej sytuacji, to serio chętnie poczytam. Daliście drugą szansę czy lepiej było odejść? Bo ja na razie stoję w miejscu i nie wiem, co będzie mądrzejsze.