Po 27 latach małżeństwa żona powiedziała, że nie chce już być „czyjąś żoną”
Najgorsze było to, że Marta nie zatrzasnęła drzwiami. Nie było awantury, płaczu ani talerza rozbitego o kafelki, chociaż chyba łatwiej byłoby mi to znieść.
Wyszła w środę rano, normalnie, jak do pracy. Tylko zamiast swojej granatowej torby na laptopa miała małą walizkę na kółkach. Stała w przedpokoju, poprawiała szalik i powiedziała, że pojedzie najpierw do hotelu, bo u koleżanki nie ma miejsca. Potem dodała, że zadzwoni wieczorem.
Miała wtedy pięćdziesiąt dwa lata, ja pięćdziesiąt pięć. Byliśmy małżeństwem dwadzieścia siedem lat. Córka, Olga, mieszkała już w Gdańsku ze swoim chłopakiem. Ja pracowałem w dziale technicznym w spółdzielni mieszkaniowej, Marta była księgową w małej firmie transportowej. Żadnych egzotycznych wakacji, żadnego wielkiego domu. Mieszkanie po mojej babci na Pradze-Południe, remontowane po kawałku przez lata. Normalne życie.
Przez pierwsze dwa dni nie powiedziałem nikomu. Nawet Oldze. Rano nastawiałem kawę dla dwóch osób, dopiero po chwili przypominałem sobie, że nie ma sensu wyciągać drugiego kubka. Wieczorem włączałem telewizor tylko po to, żeby coś mówiło w salonie. Siedziałem z pilotem w ręce i słuchałem lodówki, która od jakiegoś czasu dziwnie brzęczała.
Marta zadzwoniła trzeciego dnia.
– Nie jestem w hotelu – powiedziała od razu. – Wynajęłam pokój. Na razie na miesiąc.
Zapytałem, gdzie. Odpowiedziała, że na Woli. Nie chciała podać adresu, „bo potrzebuje spokoju”. To zdanie doprowadziło mnie do furii.
– A ja czego potrzebuję? – powiedziałem. – Zostawiasz mnie tak po prostu i potrzebujesz spokoju?
Milczała chwilę. Potem bardzo cicho powiedziała:
– Tomek, ja nie zostawiam cię po prostu. Ja próbowałam ci powiedzieć od lat.
Wtedy się rozłączyłem. Dziś wiem, że zachowałem się jak obrażony chłopiec. Ale wtedy naprawdę miałem w głowie tylko jedno: że ktoś mi zabiera życie, które budowałem od dwudziestu paru lat.
Nie wiedziałem jeszcze o Pawle. Dowiedziałem się przypadkiem dwa tygodnie później, kiedy Olga przyjechała na weekend. Marta w końcu do niej zadzwoniła, więc córka wiedziała więcej niż ja. Siedziały wcześniej razem na kawie, a potem Olga przyszła do mnie blada i spięta.
– Tata, mama kogoś poznała – powiedziała.
Zapytałem tylko, czy to trwa długo.
– Nie wiem. Podobno kilka miesięcy. Ale mówi, że to nie jest powód odejścia. Że raczej skutek tego, że była samotna.
To mnie nawet bardziej zabolało niż sama informacja o drugim mężczyźnie. Bo łatwo byłoby pomyśleć: zdradziła, koniec, jest winna. Proste. Tylko że nagle przypomniały mi się różne rzeczy, których wcześniej nie chciałem widzieć.
Marta kilka razy proponowała, żebyśmy gdzieś pojechali, choćby na dwa dni. Ja zawsze miałem argument: oszczędzamy, trzeba zrobić łazienkę, mama wymaga pomocy, w pracy sezon rozliczeń. Kiedy zaczęła chodzić na zajęcia ceramiczne, śmiałem się, że będzie lepić kubki za pięćset złotych. Niby żart. Takich żartów było sporo.
Ona z kolei potrafiła milczeć całymi wieczorami, a kiedy pytałem, co się dzieje, odpowiadała: „Nic”. Więc wierzyłem, że nic. Człowiek czasem wierzy w wygodną wersję świata, bo dzięki niej nie musi niczego zmieniać.
Paweł był podobno z jej grupy biegowej. Rozwiedziony, młodszy od niej o cztery lata, pracował gdzieś w ubezpieczeniach. Nie chciałem o nim słuchać. Wyobrażałem sobie wszystko najgorzej, chociaż nie miałem żadnych szczegółów. W nocy przeglądałem stare zdjęcia w telefonie. Nasze Mazury sprzed dziesięciu lat, Olga na studniówce, Marta na balkonie z doniczkami. Szukałem na jej twarzy chwili, w której przestała mnie kochać. Jakby to dało się zobaczyć po latach na ekranie.
Po miesiącu spotkaliśmy się u mediatora, bo Marta chciała ustalić, co dalej z mieszkaniem. Samo słowo „mediator” brzmiało dla mnie jak coś z cudzej historii. Ludzie z mojego otoczenia albo się nie rozwodzili, albo rozwodzili po cichu i potem udawali, że temat nie istnieje.
Powiedziałem wtedy, że możemy spróbować terapii. Nie dlatego, że nagle dojrzałem. Bałem się. Bałem się pustego mieszkania, tego, że będę jadł obiady sam, że na święta Olga będzie musiała wybierać między nami. Bałem się też, że jeśli Marta odejdzie, okaże się, że przez pół życia byłem mężem tylko z nazwy.
Marta patrzyła na stół. Powiedziała, że terapia miałaby sens rok wcześniej, może dwa lata wcześniej. Teraz nie wie, czy ma w sobie jeszcze coś do ratowania.
– A Paweł? – spytałem.
– Nie wiem, co będzie z Pawłem – odpowiedziała. – To nie jest tak, że odchodzę do bajki. Odchodzę, bo nie umiem już wrócić do tego, jaka byłam.
Wróciłem wtedy do domu i pierwszy raz nie włączyłem telewizora. Siedziałem w kuchni prawie po ciemku. Byłem na nią wściekły. Nadal jestem, jeśli mam być uczciwy. Za to, że pozwoliła, by ktoś trzeci pojawił się między nami. Za to, że powiedziała mi o swoim nieszczęściu dopiero wtedy, kiedy miała już gdzie pójść.
Ale jestem też zły na siebie. Nie za wszystko, bo nie wezmę na siebie jej decyzji. Jednak za to, że uznałem naszą stabilność za dowód szczęścia. Płacone rachunki, wspólne zakupy, niedzielny rosół u mojej mamy – to wszystko było dla mnie małżeństwem. Dla niej chyba coraz bardziej przypominało obowiązek.
Minęło siedem miesięcy. Nie złożyliśmy jeszcze pozwu. Marta nadal wynajmuje pokój, choć podobno szuka kawalerki. Z Pawłem raz jest, raz nie jest, tak przynajmniej mówi Oldze. Nie dopytuję.
Chodzę czasem na basen, bo lekarz kazał mi ruszać kręgosłup, ale prawda jest taka, że nie chcę wracać od razu po pracy do pustego mieszkania. Zacząłem nawet sam gotować coś więcej niż jajecznicę. Ostatnio zrobiłem bigos i wyszedł za słony, ale zjadłem prawie cały przez trzy dni.
Wczoraj Marta napisała, czy może wpaść po zimowy płaszcz i kilka książek. Odpisałem, że jasne. Potem przez godzinę przekładałem jej rzeczy w szafie, chociaż przecież wiedziałem, gdzie leżą.
Przyjedzie w sobotę koło jedenastej. Muszę jeszcze kupić mleko, bo zostało mi tylko trochę do kawy.