Zawiozłam męża na SOR, myśląc, że ratuję mu życie. W gabinecie wyszło, z kim naprawdę jadł kolację, kiedy mówił, że siedzi po godzinach
Paweł zgiął się wpół przy przedpokoju i zwymiotował mi na wycieraczkę. Jeszcze godzinę wcześniej pisał, że wraca później, bo mieli zamknięcie miesiąca i siedzą z działem do nocy. Jak go zobaczyłam, cały blady, spocony, z ręką na brzuchu, to nie myślałam o żadnych podejrzeniach. Tylko chwyciłam kluczyki i zawiozłam go na SOR, bo wyglądał tak, jakby miał mi zaraz zejść na siedzeniu pasażera.
W samochodzie ledwo mówił. Raz tylko mruknął, żebym szybciej, bo go skręca. Na izbie przyjęć usiedliśmy pod tą ostrą lampą, co człowiekowi od razu wszystko wydobywa na twarz. Ja w kurtce, on skulony, z oczami jak szkło. Pielęgniarka dała miskę, lekarz zaczął wywiad.
Co jadł, od kiedy objawy, czy ktoś jeszcze jadł to samo.
I wtedy Paweł, taki półprzytomny, powiedział bez zastanowienia:
Żurek i tatar. W Starym Młynie. Sandra też to jadła i ma to samo.
Lekarz tylko skinął głową i coś zapisał, a ja poczułam, jak mi robi się gorąco pod szyją. Sandra. Nie żadna delegacja, nie żadne zamknięcie miesiąca. Sandra z jego biura, o której niby mówił tyle, co nic, poza tym, że jest „ogarnięta” i „ratuje zespół”. A restauracja? Ta sama, do której ja od pół roku chciałam iść na naszą rocznicę, tylko zawsze było szkoda pieniędzy, bo kredyt hipoteczny, bo rata za auto, bo dziecku trzeba kupić buty, bo człowiek liczy każdą stówę.
Zapytałam spokojnie, aż sama się sobie dziwię, skąd mi się to wzięło:
Od kiedy wy chodzicie razem na kolacje?
Paweł zamknął oczy. Udawał, że go bardziej boli, niż bolało naprawdę, albo może bolało wszystko naraz. Lekarz spojrzał raz na mnie, raz na niego, i powiedział tylko, że teraz najważniejsze jest nawodnienie i badania.
Usiadłam pod ścianą i pierwszy raz od lat poczułam się jak ostatnia idiotka. Bo nagle zaczęły mi się składać te wszystkie nadgodziny, wyciszony telefon, prysznic zaraz po wejściu do domu, nerwowe chowanie ekranu. Coś mi śmierdziało od dawna, ale człowiek sam sobie tłumaczy. Dziecko, rachunki, życie. Nie chce robić awantury bez dowodów, żeby nie wyjść na wariatkę.
Po godzinie przywieźli też Sandrę. Nie widziała mnie od razu. Jej mąż już był na miejscu. Stał przy rejestracji w roboczych spodniach ubrudzonych gipsem, chyba prosto z budowy. I patrzył na nią takim wzrokiem, że nie trzeba było żadnych słów. Tylko szczęka mu chodziła.
Wtedy Paweł w końcu powiedział cicho, żebym nie robiła scen.
Nie robiła scen.
Siedziałam od dwóch godzin na plastikowym krześle, z jego portfelem i telefonem w torebce, po tym jak prawie zaniosłam go na rękach do auta, a on mi mówi, żebym nie robiła scen.
Powiedziałam mu wtedy chyba najgorszą rzecz, jaką mogłam:
Nie martw się. Od dziś twoje sceny nie są już moim problemem.
A potem i tak poszłam podpisać zgodę, przynieść wodę, dopilnować, żeby ktoś się nim zajął, bo mimo wszystko to ojciec mojego syna. I może właśnie to jest najgorsze w takich historiach. Że nawet jak człowiekowi serce pęka i duma leży w błocie, to dalej działa, bo trzeba.
Nad ranem, kiedy dostał kroplówkę i trochę odżył, próbował coś tłumaczyć. Że to trwało krótko. Że się pogubili. Że między nami od dawna było źle. Klasyka. Jakby zdrada miała być mniej zdradą, bo ktoś ją ładnie opakuje.
Nie krzyczałam. To chyba zabolało go bardziej. Powiedziałam tylko, że wrócę do domu po rzeczy dla syna, a on niech sobie dobrze przemyśli, czy chce walczyć o rodzinę, czy tylko o to, żeby nie płacić alimentów i nie wyjść na śmiecia przed ludźmi.
Bo u nas wszystko jest wspólne tylko wtedy, kiedy wygodnie. Kredyt wspólny, mieszkanie wspólne, święta wspólne, udawanie przed rodziną wspólne. Ale kłamstwo już było tylko jego.
Minęły trzy tygodnie. Paweł śpi teraz u swojej matki. Teściowa twierdzi, że małżeństwa nie przekreśla się przez „jeden błąd”. Moja siostra mówi, że jak odpuszczę raz, to już zawsze będę tą, co zaciska zęby. A ja codziennie rano robię synowi kanapki, idę do pracy i patrzę na stół w kuchni, przy którym przez lata siedzieliśmy razem, jak normalna rodzina.
I sama nie wiem, co gorsze. Zostać i już zawsze się zastanawiać, czy znowu mnie robi z człowieka naiwnego. Czy odejść i rozwalić dom dziecku, bo facet nie umiał utrzymać spodni na tyłku.
Nie wiem, czy większą winą jest zdrada, czy to, że nawet po wszystkim człowiek dalej umie się troszczyć.
Czasem myślę, że w takich sprawach nie ma mocnych, są tylko ludzie, którzy później muszą umieć spojrzeć sobie w lustro.