Ojciec przestał odbierać telefony, kiedy straciłem pracę

Najgorsze w utracie pracy nie było nawet to, że przez trzy tygodnie budziłem się o szóstej czterdzieści, zanim przypominałem sobie, że nie muszę wstawać do biura.

Najgorsze było to, że przestał dzwonić mój ojciec.

Mieszkam w Łodzi, mam trzydzieści osiem lat, wynajmuję dwupokojowe mieszkanie na Widzewie. Nie mam dzieci, z Martą rozstałem się dwa lata temu, raczej spokojnie, choć przez pierwsze miesiące wydawało mi się, że spokojnie znaczy bezboleśnie. Pracowałem jako kierownik projektu w firmie robiącej oprogramowanie dla sklepów internetowych. Brzmi poważniej, niż wyglądało w praktyce: tabele, spotkania na Teamsie, gaszenie cudzych pożarów i tłumaczenie klientom, że „na jutro” nie zawsze znaczy „jutro rano”.

Ojciec był ze mnie dumny. Przynajmniej tak to rozumiałem.

Na imieninach u ciotki mówił: „Krzysiek prowadzi projekty, duże rzeczy”. Gdy ktoś pytał, ile zarabiam, niby żartował, że „pewnie więcej niż stary na całej swojej zmianie”. Był ślusarzem w zakładach włókienniczych, potem konserwatorem w spółdzielni. Całe życie miał ręce w smarze albo farbie. Nie skończył studiów i chyba dlatego moje studia oraz praca przy komputerze były dla niego czymś więcej niż po prostu moją drogą.

Czasem mnie to drażniło, bo nie lubię być przedstawiany jak rodzinny dowód awansu. Ale dzwoniłem do niego co niedzielę. Wysyłałem zdjęcia z wyjazdów, opowiadałem o premii, o tym, że kupiłem używane auto. On słuchał, pytał, czy firma wypłaca dodatki świąteczne, i kończył rozmowę swoim zwykłym: „No, to trzymaj się tam, menedżerze”.

W lutym przyszło zaproszenie na spotkanie z HR. Pół godziny później wiedziałem, że likwidują mój zespół. Dostałem trzymiesięczną odprawę, laptop musiałem oddać tego samego dnia, a moja przełożona mówiła bardzo ciepłym tonem, że to nie jest kwestia jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć. Wychodząc, zostawiłem w szufladzie kubek z logo firmy. Nawet nie był mój, ktoś go kiedyś przyniósł do kuchni.

Przez kilka dni nie powiedziałem rodzicom. Mamę odwiedzałem rzadziej, bo od roku opiekowała się babcią i była wiecznie zmęczona. Ojciec i tak by jej powtórzył wszystko po swojemu.

W końcu powiedziałem mu przez telefon. Stałem wtedy w kolejce po pieczywo, pamiętam, bo pani przede mną kupowała sześć drożdżówek i strasznie długo wybierała.

Ojciec milczał chwilę.

– To co, pokłóciłeś się z kimś?

– Nie. Zwolnili kilkanaście osób.

– No ale ciebie za co?

Powiedziałem, że nie „za co”, tylko firma tnie koszty. Że mam odprawę. Że wysyłam CV. Że na razie dam sobie radę.

– W twoim wieku człowiek powinien już mieć coś pewnego – odpowiedział. – Ja to może nie miałem takich pieniędzy, ale wiedziałem, gdzie idę rano.

Tyle. Żadnego „przykro mi”. Żadnego „jak pomóc”. Nawet nie miałem wtedy pretensji. Pomyślałem, że jest z innego pokolenia, że nie rozumie branży, że po prostu się przestraszył.

Potem zaczął dzwonić rzadziej. A kiedy dzwoniłem ja, rozmowy były krótkie i dziwnie rzeczowe.

– I co z robotą?

– Byłem na dwóch rozmowach.

– No to się nie przejmuj, ale nie przebieraj za długo.

Albo:

– Może poszedłbyś gdzieś normalnie, a nie tylko do tych komputerów.

Nie wiedziałem, co znaczy „normalnie”. Do magazynu? Na budowę? Za minimalną, żebym po opłaceniu mieszkania liczył każdą wizytę u dentysty? Przez chwilę serio rozważałem, że może ma rację. Nie dlatego, że uważałem tę pracę za lepszą czy gorszą. Po prostu chciałem znowu usłyszeć w jego głosie ten stary ton, jakby fakt, że jestem jego synem, sam w sobie coś znaczył.

Najbardziej zabolało mnie na urodzinach mamy. Pojechałem z tortem i kwiatami, ojciec zrobił herbatę. W telewizji leciał mecz bez dźwięku. Zapytał, czy mam już „konkret”. Powiedziałem, że jestem po ostatnim etapie rekrutacji, ale decyzja dopiero za tydzień.

– Czyli dalej siedzisz? – rzucił.

Mógł powiedzieć to bez złej intencji. Może nawet tak było. Ale poczułem, jakbym znowu miał piętnaście lat i przyniósł trójkę z fizyki.

– Tak, siedzę. I jeszcze oddycham, jem i czasem myję okna – odpowiedziałem.

Mama od razu powiedziała: „Krzysiek, nie zaczynaj”. To mnie dobiło bardziej niż jego słowa. Jakby problemem było moje zdanie, nie to, że ojciec od trzech miesięcy traktował mnie jak zepsuty sprzęt.

Wyszedłem wcześniej. Bez awantury. Zabrałem tylko kurtkę i tort, którego nawet nie zdążyliśmy pokroić. Potem siedziałem w aucie pod blokiem i patrzyłem na pudełko na siedzeniu pasażera pasażera. Głupie, ale pamiętam, że bałem się, iż krem się rozpłynie, bo w samochodzie było za ciepło.

Przez następne dwa tygodnie nie odebrałem od ojca żadnego telefonu. On chyba też nie próbował. Mama napisała tylko: „Tata się martwi, ale nie umie inaczej”. Odpisałem jej, że ja też się martwię, tylko jakoś nie mam ochoty ranić ludzi przy każdej okazji.

W kwietniu dostałem pracę. Mniejsza firma, niższa pensja na start, umowa na okres próbny. Kiedy podpisałem dokumenty, pierwszym odruchem było zadzwonić do ojca. Palec miałem już nad jego nazwą w telefonie.

I wtedy dotarło do mnie coś nieprzyjemnego: chciałem mu powiedzieć nie dlatego, że się ucieszy. Chciałem odzyskać jego uznanie.

Nie zadzwoniłem tego dnia.

Zadzwoniłem dopiero po tygodniu. Odebrał od razu.

– No i jak tam? – zapytał.

Powiedziałem, że mam pracę. Ucieszył się, naprawdę. Słyszałem to. Zaczął pytać, gdzie, za ile, czy jest możliwość rozwoju. Na końcu rzucił, że wiedział, iż „sobie poradzę”.

Nie powiedziałem mu, że przez te trzy miesiące bardziej niż pracy szukałem dowodu, że bez niej nadal jestem dla niego kimś wartym telefonu.

Do dziś rozmawiamy. Nie tak często jak kiedyś. Czasem łapię się na tym, że przed rozmową układam sobie w głowie odpowiedź na pytanie o pracę, jakbym zdawał egzamin. A potem jestem na siebie zły, bo mam prawie czterdzieści lat, własne rachunki, własne błędy i przecież nie muszę już nikomu udowadniać, że zasługuję na miejsce przy stole.

Tylko że w niedzielę znowu mam do niego zadzwonić. I nadal nie wiem, czy potrafię rozmawiać z nim zwyczajnie, nie czekając na to jedno krótkie: „Dobrze, synu”.