„Jak chcesz, to się obraź” – usłyszałam przy rodzinnym stole i wtedy pierwszy raz wstałam i wyszłam
„Naprawdę nawet teraz musicie sobie ze mnie żartować?” – powiedziałam tak głośno, że wszyscy przy stole zamilkli. A mój brat tylko prychnął i rzucił: „Boże, znowu to samo. Jak chcesz, to się obraź”.
I właśnie wtedy wstałam od stołu u mamy i wyszłam do przedpokoju, bo czułam, że albo się rozpłaczę, albo powiem coś dużo gorszego.
To nie chodziło o jeden tekst. Problem jest taki, że u nas w rodzinie od lat ja jestem tą „wrażliwą”, „co wszystko bierze do siebie”, „co zawsze coś jej nie pasuje”. Niby w żartach. Niby bez złośliwości. Tylko że te żarty zawsze są o mnie.
Mam 38 lat, pracuję w rejestracji w przychodni powiatowej, mam męża i córkę w podstawówce. Co tydzień jeżdżę do mamy, bo po udarze nie ogarnia już wszystkiego sama. Robię jej zakupy w Biedronce albo Lidlu, ogarniam recepty na IKP, dzwonię do przychodni, czasem jadę z nią na badania do miasta. Brat mieszka 20 minut dalej, ale najczęściej wpada na kawę i tyle. Nie mówię, że nic nie robi, bo jak trzeba zawieźć coś ciężkiego albo załatwić sprawę w urzędzie, to przyjedzie. Tylko ta codzienność i pamiętanie o wszystkim jest na mnie.
I może tu jest mój błąd, bo długo nic nie mówiłam wprost. Jak mama dzwoniła do mnie trzeci raz jednego dnia, odbierałam. Jak brat przy niedzieli rzucał: „No, ty to lubisz wszystkim zarządzać”, uśmiechałam się głupio. Jak synowa brata powiedziała kiedyś, że „ja to mam potrzebę bycia niezastąpioną”, to udawałam, że nie słyszę.
Prawda jest taka, że sama sobie też na to zapracowałam. Lubiłam mieć kontrolę. Jak ktoś coś zrobił inaczej niż ja, poprawiałam. Jak brat zapomniał kupić mamie jednego leku, to nie powiedziałam: „trudno”, tylko wypomniałam mu przy wszystkich. On potem coraz mniej się odzywał, a ja coraz bardziej czułam, że wszystko jest na mojej głowie.
W zeszłą niedzielę byliśmy u mamy na obiedzie. Zwykły rosół, schabowe, ziemniaki, nic wielkiego. Mama miała gorszy dzień, marudziła, że drogo, że lekarz krótko przyjmuje, że znowu jej się coś pomyliło z tabletkami. Siedziałam już spięta, bo od rana byłam z nią w aptece i jeszcze skoczyłam po pieluchomajtki do sklepu medycznego. Brat przyjechał później z żoną i powiedział od progu: „No, dobrze, że kierowniczka już wszystko ogarnęła”. Wszyscy się zaśmiali.
Powiedziałam tylko: „Możesz tak nie mówić?”
A on: „Ale o co ci znowu chodzi? To żart”.
Mama od razu: „Dajcie spokój przy obiedzie”.
No i właśnie to „dajcie spokój” doprowadza mnie już do szału, bo ten spokój zawsze jest kosztem mnie. Zawsze ja mam odpuścić, nie reagować, nie psuć atmosfery.
Potem zeszło na święta. Mama powiedziała, że w tym roku Wigilia znowu u niej, ale „oczywiście wszystko przygotuje córka, bo ona najlepiej wie”. Znów śmiech. I wtedy synowa brata rzuciła: „No tak, a potem będzie mogła przez pół roku wszystkim wypominać”.
To było to.
Powiedziałam: „Wiecie co, jesteście po prostu niewdzięczni. Jak trzeba zawieźć mamę do neurologa, to dzwoni do mnie. Jak kończą się leki, to dzwoni do mnie. Jak w nocy panikuje, to dzwoni do mnie. Ale przy stole najłatwiej zrobić ze mnie wariatkę”.
Zapadła cisza. Brat odłożył widelec i powiedział: „A powiedziałaś kiedyś normalnie, że chcesz, żebym przejął część rzeczy? Czy tylko liczysz, że się domyślę, a potem strzelasz focha?”
I to mnie przyblokowało, bo szczerze? Trochę miał rację. Ja mówiłam półsłówkami. Typu: „fajnie by było, gdybyś czasem podjechał”. Albo: „ciężko jest wszystko ogarnąć”. Ale nigdy konkretnie: „w każdy czwartek ty robisz zakupy”, „ty bierzesz mamę do lekarza”.
Mama wtedy się popłakała i powiedziała: „Ja już jestem tylko problemem”. I od razu poczułam się jak najgorszy człowiek. Bo nie chciałam jej dokładać, tylko w końcu powiedzieć, że też mam swoje życie.
Brat wstał i powiedział: „Dobra, to ustalmy konkrety, ale przestań nas wszystkich rozliczać tonem jak w pracy”. A ja już byłam tak nakręcona, że zamiast to pociągnąć, wypaliłam: „Jakbyście mieli trochę przyzwoitości, nie musiałabym”.
No i po tym się posypało. Synowa powiedziała, że nikt mnie o bycie męczennicą nie prosił. Mama zaczęła mówić, że kiedyś rodziny były inne i nikt nie robił tabelki obowiązków. Mąż później w domu stwierdził, że miałam rację co do sedna, ale sposób był fatalny, bo od miesięcy chodziłam nabuzowana i wybuchłam przy wszystkich.
Od tamtej niedzieli nie pojechałam do mamy. Dzwonię, zamawiam jej zakupy z dostawą z osiedlowego sklepu, recepty ogarniam zdalnie, ale nie jadę. Brat był u niej dwa razy i napisał mi wiadomość: „Trzeba było tak od razu powiedzieć, co konkretnie mam robić”. Tylko że mnie dalej boli nie to, że był niewidomy, tylko że przez lata, jak próbowałam delikatnie, to wszyscy to obracali w żart.
Z drugiej strony wiem, że sama też budowałam ten układ. Chciałam pomocy, ale jednocześnie chciałam, żeby wszystko było po mojemu i żeby ktoś sam zauważył, ile robię. A jak nie zauważał, to narastał we mnie żal.
Nie wiem teraz, czy powinnam przeprosić za wybuch i usiąść z nimi na spokojnie, czy poczekać, aż oni też zobaczą swoją część. Miałyście, mieliście podobnie? Czy taki wybuch po latach duszenia w sobie jest jeszcze zrozumiały, czy to już po prostu moja wina, że nie umiałam postawić granic wcześniej?