Po osiemnastu latach powiedziała, że już mnie nie kocha. Najgorsze przyszło później

Najgorszy był poniedziałek rano, dwa tygodnie po tym, jak Marta zabrała część rzeczy do wynajętego mieszkania na Ruczaju.

Otworzyłem szafę w sypialni i przez chwilę patrzyłem na pustą połowę drążka. Wcześniej nawet nie zauważałem, ile miejsca zajmowały jej kurtki, sukienki, te wszystkie swetry, które kupowała „na wyprzedaży, więc praktycznie za darmo”. Zostały trzy plastikowe wieszaki i jej stary szalik, chyba przypadkiem.

Miałem wtedy czterdzieści sześć lat, pracowałem jako kierownik zmiany w hurtowni materiałów budowlanych pod Krakowem i przez większość życia uważałem się za człowieka raczej stabilnego. Nie zarabiałem kokosów, ale rata kredytu schodziła, syn kończył technikum, samochód odpalał nawet zimą. W piątki robiliśmy z Martą zakupy w Lidlu, w soboty czasem jechaliśmy do jej mamy do Skawiny, a w niedziele kłóciliśmy się o głupoty, zwykle o to, że za długo siedzę przy meczu albo że ona znowu kupiła coś, na co nie mamy miejsca.

To nie było idealne życie. Ale było nasze. I byłem przekonany, że ono po prostu będzie trwało.

Marta powiedziała, że od dawna czuje się sama, dopiero kiedy zapytałem ją wprost o Michała. Wiedziałem już wtedy. Zobaczyłem na jej telefonie wiadomość, właściwie nie chciałem jej czytać, tylko ekran się zapalił na stole. „Brakuje mi ciebie od rana”. Tyle. Gdyby napisała „kocham cię”, może byłoby prościej. A tak przez kilka minut wmawiałem sobie, że to koleżanka, że może żart, że istnieje jakieś normalne wyjaśnienie.

Michał był jej kolegą z pracy. Przychodził kiedyś do nas na grilla, znał naszego syna. Pamiętam, że przyniósł wtedy kiełbasę i musztardę, bo Marta powiedziała, że „on zawsze o wszystkim pamięta”. Nawet się z tego śmiałem.

Kiedy przyznała, że spotykają się od kilku miesięcy, nie zrobiłem awantury. To chyba ją najbardziej zdziwiło. Usiadłem tylko przy kuchennym stole i zapytałem, czy zamierza odejść.

Powiedziała, że nie wie.

To „nie wiem” słyszałem potem jeszcze wiele razy. Nie wiem, czy go kocham. Nie wiem, czy ciebie jeszcze kocham. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Nie wiem, czego chcę.

A ja codziennie wstawałem o 5.30, jechałem do pracy i udawałem przed chłopakami z magazynu, że boli mnie kręgosłup, kiedy po prostu nie spałem trzecią noc. W domu gotowałem za dużo makaronu, bo ręka automatycznie wsypywała porcję dla dwojga. Później wyrzucałem połowę albo brałem do pudełka na następny dzień.

Kuba, nasz syn, miał wtedy dziewiętnaście lat. Dowiedział się, bo Marta uznała, że „nie może go okłamywać”. Przyszedł do mnie wieczorem, stał w przedpokoju z plecakiem, jakby dopiero co wrócił ze szkoły, chociaż już pracował dorywczo w serwisie komputerowym.

– Tata, ty wiedziałeś?

Powiedziałem, że tak.

– I co teraz?

Nie umiałem mu odpowiedzieć. Do dziś pamiętam, jak strasznie się wtedy poczułem. Nie dlatego, że syn oczekiwał ode mnie mądrości. Tylko dlatego, że pierwszy raz zobaczyłem, że przestałem być dla niego kimś, kto wie, co robić.

Przez pierwszy miesiąc chciałem Martę odzyskać. Wstyd mi się do tego przyznać, ale pisałem jej długie wiadomości. Przypominałem wakacje w Ustce, pierwsze mieszkanie na osiedlu, gdzie zimą grzejnik stukał całą noc. Przepraszałem za rzeczy, których wcześniej nawet nie uważałem za ważne: że za rzadko pytałem o jej pracę, że zbywałem jej narzekanie na kierowniczkę, że odkładałem wspólny wyjazd od trzech lat.

Ona odpisywała grzecznie. Czasem nawet ciepło. I to było najgorsze, bo dawało mi nadzieję, której chyba nie chciała już dawać.

Raz spotkaliśmy się w kawiarni niedaleko Galerii Krakowskiej, żeby ustalić sprawy kredytu i mieszkania. Marta wyglądała na zmęczoną. Miała podkrążone oczy, mniej makijażu niż zwykle. Przez moment pomyślałem, że może też cierpi i że to coś znaczy.

Potem powiedziała, że Michał się do niej wprowadził.

Pamiętam dźwięk ekspresu do kawy. Ktoś obok przesuwał krzesło po podłodze. A ja siedziałem i próbowałem nie patrzeć na jej dłonie, bo nadal nosiła obrączkę. Zapytałem tylko, czy robi to specjalnie.

– Nie umiem jej jeszcze zdjąć – odpowiedziała.

Wtedy pierwszy raz powiedziałem coś naprawdę podłego. Że może zdejmie ją wtedy, gdy Michał kupi jej nową. Wstałem i wyszedłem, zostawiając niedopitą kawę i dokumenty na stole.

Przez kilka dni byłem z siebie dumny. Wmawiałem sobie, że wreszcie pokazałem charakter. Potem przyszło poczucie winy. Bo niezależnie od wszystkiego, Marta nie była potworem. Była kobietą, z którą spędziłem prawie pół życia. Umiała rozśmieszyć Kubę, kiedy miał trzynaście lat i bał się iść do nowej szkoły. Siedziała ze mną w szpitalu, gdy mój ojciec umierał. Wiedziała, że nie znoszę rodzynek w serniku, i zawsze odkładała dla mnie kawałek bez nich.

Tylko że człowiek może być dla kogoś dobry przez lata, a potem zrobić coś, po czym już nie umie się przy nim normalnie oddychać.

Minęło dziewięć miesięcy. Mieszkanie sprzedaliśmy. Z kredytu zostało jeszcze trochę do spłaty, ale podzieliliśmy wszystko bez wojny. Wynająłem niewielkie dwa pokoje na Prądniku. Na początku czułem się tam jak gość. Teraz mam już własny kubek, w którym kawa smakuje trochę gorzej niż dawniej, ale przynajmniej nie piję jej w pośpiechu.

Marta zadzwoniła w zeszłym tygodniu. Michał od niej odszedł. Nie podała szczegółów, nie pytałem. Powiedziała tylko, że jest jej ciężko i że przeprasza za wszystko. Tak po prostu. Stałem wtedy między regałami w pracy, z telefonem przy uchu, a obok ktoś szukał kołków rozporowych.

Chciałem jej powiedzieć, że wybaczam. Może dlatego, że przez tyle miesięcy wyobrażałem sobie tę chwilę. Ale nie potrafiłem.

Powiedziałem, że przykro mi, że jest jej źle, i że Kuba może do niej przyjechać, jeśli będzie chciał. Potem dodałem, że nie jestem właściwą osobą, do której powinna teraz dzwonić.

Zamilkła. Nie rozłączyła się od razu. Ja też nie.

Nie wiem, czy kiedyś jej wybaczę. Coraz mniej wierzę, że przebaczenie jest jakimś obowiązkiem albo dowodem, że człowiek jest lepszy. Na razie wystarcza mi, że nie życzę jej źle. I że kiedy wieczorem wracam do pustego mieszkania, nie sprawdzam już odruchowo, czy jej buty stoją przy drzwiach.

Wczoraj kupiłem mały stół na OLX. Sam go skręciłem, krzywo, bo jedna noga trochę się chwieje. W sobotę ma przyjść Kuba na obiad. Powiedział, żebym zrobił schabowe, „tylko normalne, a nie te twoje eksperymenty z piekarnika”.

Odpisałem mu, że zobaczymy. A potem długo stałem w kuchni i zastanawiałem się, czy mam jeszcze gdzieś tłuczek do mięsa.