Kiedy wnuk zaczął pytać, czy może do mnie przyjść bez pozwolenia taty

Najgorsze nie było nawet to, że Paweł nie wpuszczał mnie do mieszkania bez zapowiedzi. To jeszcze potrafiłam zrozumieć. Młodzi ludzie mają swoje życie, pracę, bałagan, czasem nie chcą siedzieć przy kawie z teściową. Gorzej było, kiedy zaczęłam się orientować, że każda moja rozmowa z Antkiem ma wyznaczony czas.

„Dwadzieścia minut, mamo, bo potem ma kąpiel” — mówiła Marta, moja córka, już trochę spiętym głosem.

Albo: „Może nie kupuj mu słodyczy, Paweł się denerwuje”.

Albo: „Nie pytaj go o szkołę, bo potem się nakręca”.

Antek miał wtedy sześć lat. Nie był dzieckiem, które się „nakręcało” od pytania, czy pani od angielskiego nadal robi im naklejki w zeszytach. Był żywy, gadatliwy, wszędzie go było pełno. Kiedy przyjeżdżał do mnie, zdejmował buty w przedpokoju i od razu biegł sprawdzić, czy mam kisiel w szafce. Zawsze miałam.

Paweł na początku był nawet w porządku. Cichy, konkretny chłopak, pracował w logistyce, często po dwanaście godzin. Widziałam, że zależy mu na rodzinie. To nie był typ, który siedzi po barach albo nie wraca na noc. Tyle że z czasem jego troska zaczęła mieć coraz więcej regulaminów.

Najpierw ustalił, że Antka można odwiedzać tylko w weekendy, bo w tygodniu „musi mieć rytm”. Potem, że wizyty u mnie nie dłużej niż trzy godziny, bo inaczej dziecko jest zmęczone. Później doszło, że nie mogę odbierać go ze świetlicy bez pisemnej wiadomości od Marty. Raz przyjechałam z jego ulubionymi pierogami z jagodami, bo Marta napisała, że są przeziębieni. Paweł nawet nie otworzył drzwi szerzej.

— Dziękujemy, ale naprawdę nie trzeba — powiedział.

— To ja tylko zostawię, są jeszcze ciepłe.

— Proszę nie przychodzić bez ustalenia. Antek śpi.

Widziałam za nim światło w salonie i cień małych nóg przebiegający po panelach. Nic nie powiedziałam. Postawiłam pojemnik pod drzwiami, co było chyba głupie, bo potem przez pół godziny płakałam w samochodzie jak jakaś nastolatka.

Marta dzwoniła do mnie wieczorem.

— Mamo, nie bierz tego do siebie. On ma teraz dużo stresu w pracy.

— A ja co mam zrobić? Udawać, że mnie nie boli?

— Ja z nim rozmawiam. Tylko nie dolewaj oliwy do ognia, dobrze?

To „nie dolewaj oliwy” słyszałam później wiele razy. Czasem w ogóle nie wiedziałam, co zrobiłam. Wysłałam Antkowi kartkę na Dzień Dziecka z dwudziestoma złotymi w środku. Paweł stwierdził, że pieniądze są niepotrzebne i oddał je Marcie, żeby mi przelała BLIK-iem. Kupiłam wnukowi używany rowerek, bo wyrósł ze starego. Paweł uznał, że najpierw powinni sami zdecydować, czy ma jeździć na dwóch kółkach bez bocznych.

Marta mówiła to wszystko takim tonem, jakby przekazywała informacje z administracji osiedla, a nie opowiadała o swoim mężu.

Najbardziej zabolało mnie w maju, na urodzinach Antka. Zrobili małe przyjęcie w sali zabaw. Byłam zaproszona na konkretną godzinę, od czternastej do szesnastej. Przyszłam wcześniej, bo chciałam pomóc wnieść tort, ale Paweł spojrzał na zegarek.

— Mieliśmy się spotkać o drugiej.

Powiedział to przy innych rodzicach. Niby spokojnie. Niby bez krzyku. Tylko ja poczułam się tak, jakbym przyszła tam nieproszona.

Antek rzucił mi się na szyję i od razu zapytał, czy będzie mógł spać u mnie w wakacje. Paweł usłyszał.

— O tym porozmawiamy później — odpowiedział, odrywając go ode mnie trochę zbyt szybko.

Później nie porozmawiali. Marta powiedziała mi przez telefon, że Paweł nie chce nocowania, bo „ostatnim razem Antek wrócił rozregulowany”. Ostatnim razem pozwoliłam mu oglądać bajkę do dziewiątej i zasnął w moim łóżku, bo bał się burzy. Tyle tego rozregulowania.

Zaczęłam uważać na każde słowo. Nie komentowałam Pawła, nawet kiedy miałam ochotę. Do Marty też nie dzwoniłam za często, żeby nie usłyszeć, że ją osaczam. Wysyłałam Antkowi głosówki przez telefon córki: że kot sąsiadki znowu siedział na moim parapecie, że wyrosły pomidory na balkonie, że czekam na niego w sobotę. Czasem odsyłał serduszko albo nagranie, na którym słychać było tylko jego oddech i szuranie.

W sierpniu Marta przyjechała sama. Wypiła herbatę, której prawie nie tknęła, i długo bawiła się łyżeczką.

— Paweł mówi, że za bardzo ingerujesz — powiedziała w końcu.

Pamiętam, że najpierw pomyślałam o tych pierogach.

— W co ingeruję?

— W nasze decyzje. Wychowanie. To, że Antek mówi, że u ciebie jest lepiej.

— Dziecko mówi różne rzeczy. U mnie nie ma odrabiania lekcji, bo przychodzi na trzy godziny.

— Ja wiem. Tylko Paweł uważa, że go przeciwko nam nastawiasz.

To już było dla mnie za dużo. Powiedziałam, że nigdy nie powiedziałam przy Antku złego słowa o jego ojcu. Co zresztą było prawdą. Marta przytaknęła, ale wyglądała, jakby chciała powiedzieć jeszcze coś i nie miała siły.

Dwa tygodnie później zadzwoniła po dwudziestej drugiej. Nie płakała. Właśnie to mnie przestraszyło. Mówiła cicho i bardzo szybko.

— Mamo, czy mogę przyjechać z Antkiem?

— O tej porze? Co się stało?

— Nie pytaj teraz. Czy możemy?

— Oczywiście, że możecie.

Przyjechali po pół godzinie taksówką. Marta miała małą walizkę, a Antek swój granatowy plecak z dinozaurem. Wszedł, rozejrzał się po mieszkaniu i spytał, czy może dziś spać w dużym pokoju na rozkładanej kanapie. Jakby przyjechał normalnie na wakacje.

Marta zamknęła się ze mną w kuchni. Powiedziała, że Paweł zabrał jej telefon, kiedy zauważył, że pisze do mnie. Że od paru miesięcy sprawdzał jej wiadomości i wypominał każdą rozmowę ze mną. Tego wieczoru powiedział, że jeśli jeszcze raz „podważy jego zasady”, nie pozwoli mi widywać Antka wcale. A potem dodał, że może się wyprowadzić, ale bez dziecka nigdzie nie pojedzie.

Nie wiem, czy Marta od razu podjęła decyzję. Chyba po prostu otworzyła szafę, spakowała kilka rzeczy i wyszła, zanim zdążyła się rozmyślić.

Przez pierwsze dni spała po dwie, trzy godziny. Dzwoniła do pracy z mojego telefonu, szukała pokoju do wynajęcia, rozmawiała z prawniczką poleconą przez koleżankę. Paweł pisał najpierw, że przesadza, potem że tęskni za Antkiem, a potem, że ja wszystko zniszczyłam. Marta czytała te wiadomości bez odpowiedzi albo odpisywała jedno zdanie.

Ja też nie jestem bez winy. W pewnym momencie chciałam zadzwonić do Pawła i powiedzieć mu wszystko, co o nim myślę. Naprawdę wszystko. Marta mnie powstrzymała.

— Mamo, proszę. Teraz nie walcz za mnie.

To było trudne, bo całe życie myślałam, że właśnie na tym polega bycie matką.

Minęły trzy miesiące. Marta wynajęła nieduże mieszkanie na drugim końcu miasta, blisko szkoły Antka. Paweł widuje syna zgodnie z tym, co ustalili między sobą na razie bez sądu, chociaż wiem, że to się jeszcze może zmienić. Bywa miły, podobno czasem nawet za miły. Marta nadal się boi, kiedy od niego przychodzi wiadomość.

W zeszłą sobotę Antek został u mnie na noc. Wieczorem położył się na kanapie, ale po chwili przyszedł do kuchni, gdzie obierałam jabłka na szarlotkę.

— Babciu, a teraz mogę do ciebie przychodzić, kiedy chcę?

Odłożyłam nóż. Powiedziałam mu, że zawsze może chcieć, a dorośli będą ustalać, jak to zrobić mądrze i bezpiecznie.

Kiwnął głową, jakby to było całkiem wystarczające. Potem wziął kawałek jabłka i wrócił do pokoju. Ja zostałam przy blacie, z obierkami przyklejonymi do palców, i długo nie mogłam ruszyć się z miejsca.