Zostawiłem chłopaka na czwartym piętrze, bo trzymałem za rękę własną córkę
Do dziś nie potrafię spokojnie przejść obok czujki dymu. Nawet tej w markecie budowlanym, zamontowanej pod sufitem między lampami. Patrzę na nią i od razu wraca mi zapach spalonego plastiku, mokry chodnik przed blokiem i ręka Hani zaciśnięta na moim nadgarstku tak mocno, że przez kilka dni miałem ślad.
Mieszkaliśmy wtedy na Widzewie, w zwykłym czteropiętrowym bloku z lat osiemdziesiątych. Ja, moja córka Hania i kot, którego Hania uparła się nazwać Bułka. Z żoną byliśmy już po rozwodzie. Bez wielkiej wojny, ale też bez przyjaźni. Hania spała u mnie co drugi tydzień i bardzo pilnowałem, żeby u mnie miała spokojnie. Stałe pory, kakao przed snem, bajka, światło w przedpokoju zostawione na noc.
Na piętrze nad nami mieszkała Marta z synem Kubą. Marta pracowała na nocne zmiany w piekarni. Kuba miał wtedy szesnaście lat, chodził w słuchawkach praktycznie cały czas i odpowiadał mi „dzień dobry” tak cicho, że nieraz nie byłem pewien, czy w ogóle coś powiedział. Nie znaliśmy się blisko. Czasem odbierałem dla Marty paczkę, raz pożyczyła mi wiertarkę. Tyle.
Był koniec listopada, chyba środa. Padał taki drobny deszcz, który nie wygląda groźnie, ale człowiek ma mokre buty po pięciu minutach. Hania już spała. Ja oglądałem jakiś program w telefonie, bez dźwięku, bo następnego dnia miałem jechać rano na magazyn. Pracuję przy dostawach sprzętu AGD, wtedy akurat zaczynałem o szóstej.
Najpierw pomyślałem, że ktoś przypala jedzenie. Zapach był dziwny, ostry, nie jak od garnka. Wyszedłem na korytarz i zobaczyłem dym przy suficie. Nie czarny, jeszcze nie. Szary, gęsty, pełznący od strony klatki.
Ktoś krzyczał na dole. Zadzwoniłem pod 112, ale zanim w ogóle zdążyłem wszystko powiedzieć, usłyszałem trzask. Taki, jakby ktoś rozbił wielką szybę albo rzucił czymś ciężkim w metal.
Obudziłem Hanię. Była zaspana i od razu zaczęła pytać, gdzie jest Bułka. Wziąłem ją na ręce, choć była już za duża, żeby ją tak nosić. Kota wsadziłem do transportera, którego normalnie używaliśmy tylko do weterynarza. Nie pamiętam nawet, czy założyłem buty. Chyba tak, bo później stałem na dworze w swoich starych roboczych adidasach.
Na klatce było znacznie gorzej. Ludzie wychodzili z mieszkań w piżamach, ktoś płakał, ktoś się kłócił, że trzeba odłączyć prąd. Z dołu szedł ogień. Paliła się skrzynka elektryczna przy wejściu i coś w komórkach lokatorskich. Dym był wszędzie, piekły oczy. Zbiegłem z Hanią, trzymając ją jedną ręką, a transporterek drugą.
Dopiero przed blokiem zobaczyłem Martę.
Przybiegła od strony przystanku w kurtce narzuconej na roboczy fartuch. Musiała wracać akurat z pracy albo ktoś do niej zadzwonił. Stała pod wiatą śmietnikową, blada jak ściana, i krzyczała, że Kuba jest w mieszkaniu.
– On śpi. On ma słuchawki, panie Pawle, on nie odbierze telefonu.
Pamiętam dokładnie, że powiedziałem: „Pójdę”. Nie wiem, czy powiedziałem to dlatego, że naprawdę już podjąłem decyzję, czy dlatego, że patrzyła na mnie w taki sposób, że nie umiałem powiedzieć nic innego.
Oddałem Hanię pani Teresie z parteru. Hania zaczęła krzyczeć. Nie płakała nawet normalnie, tylko krzyczała moje imię, z takim urwanym oddechem. Bułka tłukła się w transporterze. Pani Teresa mówiła, że ją przypilnuje, ale sama cała się trzęsła.
Ruszyłem do wejścia. Wtedy z budynku wybiegł jakiś mężczyzna, którego wcześniej nie widziałem. Miał twarz zasłoniętą rękawem i prawie na mnie wpadł. Za nim wyleciał dym, dużo ciemniejszy niż wcześniej.
W tym samym momencie podjechała straż. Ktoś w hełmie złapał mnie za kurtkę i odciągnął.
– Pan nie wchodzi. Które mieszkanie?
Powiedziałem: czwarte piętro, po lewej, Kuba, szesnaście lat, może spać. Powiedziałem to chyba trzy razy. Strażak pytał, czy są drzwi zamknięte, czy jest balkon, czy chłopak ma telefon. Nie znałem odpowiedzi na połowę pytań.
Chciałem wejść mimo niego. Naprawdę. Przez kilka sekund szarpałem się jak idiota, powtarzając, że znam schody, że dam radę. On nawet nie podniósł głosu.
– Ma pan dziecko na zewnątrz. My wchodzimy.
I to zdanie zostało ze mną najgorzej.
Bo ja wtedy spojrzałem na Hanię. Siedziała na mokrym chodniku, owinięta kocem, obok transportera. Patrzyła tylko na mnie. I cofnąłem się.
Nie wszedłem.
Później wszystko działo się już poza mną. Przyjechała karetka, policja, jeszcze jeden wóz straży. Sąsiedzi dzwonili po rodzinach. Ktoś dał Hani herbatę w papierowym kubku, ale nie chciała. Mnie też ktoś coś dawał, chyba wodę. Nie pamiętam.
Kubę wyprowadzili po mniej więcej dwudziestu minutach. Dla mnie to było pół dnia. Był przytomny, ale zataczał się, miał na twarzy maskę tlenową. Strażak powiedział, że siedział w łazience przy uchylonym oknie. Prawdopodobnie obudził się od alarmu w telefonie albo od dymu, ale nie mógł wyjść przez korytarz. Zabrali go do szpitala na obserwację. Wrócił do domu po dwóch dniach.
Marta przez pierwsze tygodnie właściwie się do mnie nie odzywała. Nie mam do niej pretensji. Raz spotkaliśmy się przy skrzynkach na listy, kiedy blok był już częściowo odremontowany. Powiedziała tylko:
– Myślałam, że pan pójdzie po niego.
Nie powiedziała tego z krzykiem. Właśnie to było najgorsze.
Odpowiedziałem, że strażacy nie pozwolili. To była prawda. Ale nie cała. Mogłem próbować bardziej. Mogłem nie patrzeć na Hanię. Mogłem wejść i może wtedy obaj byśmy nie wyszli. A może Kuba nie musiałby siedzieć sam w łazience, dusząc się dymem.
Moja była żona, kiedy się dowiedziała, powiedziała, że jeśli następnym razem narażę się przy Hani, to mi tego nie wybaczy. Mój brat stwierdził, że żaden normalny człowiek nie wchodzi do płonącego budynku bez sprzętu. Jedni sąsiedzi klepali mnie po plecach, że dobrze podałem informacje strażakom. Inni milczeli.
Ja też milczę, kiedy Hania pyta czasem, dlaczego już nie mieszkamy w tamtym bloku. Powiedziałem jej, że po remoncie czynsz poszedł w górę i znalazłem tańsze mieszkanie bliżej jej szkoły. To nawet nie jest kłamstwo.
Tylko że od tamtej nocy wiem, jak niewiele potrzeba, żeby całe moje poczucie, kim jestem, rozsypało się w kilka minut. Nadal mam numer Marty w telefonie. Nie dzwoniłem do niej od prawie roku. Dzisiaj zobaczyłem, że zmieniła zdjęcie profilowe. Kuba stoi obok niej, wyższy niż pamiętam, z głową opuszczoną nad jakimś tortem.
Zamknąłem telefon i poszedłem sprawdzić, czy Hania naprawdę wyłączyła lampkę w swoim pokoju.