„Po tym, co zrobiła moja córka, przestałem udawać, że wszystko da się wybaczyć”
Powiedziałem córce, że nie przepiszę na nią mieszkania, i od tego się zaczęło. A właściwie nie zaczęło, tylko skończyło.
Siedzieli u mnie w niedzielę po rosole. Zięć coś tam klikał w telefonie, wnuczka oglądała bajkę, a córka nagle mówi:
– Tato, trzeba to w końcu załatwić. Przecież i tak to wszystko będzie kiedyś nasze. Lepiej teraz, żebyśmy mogli wziąć kredyt na remont.
Powiedziałem spokojnie:
– Jak będę gotowy, to sam zdecyduję. Na razie tu mieszkam i chcę mieć święty spokój.
I wtedy usłyszałem:
– Święty spokój? A kto ci potem poda szklankę wody? Myślisz, że ktoś będzie się koło ciebie kręcił za darmo?
Powiem wam szczerze, mnie wtedy jakby zamurowało. Bo ja nie jestem ojcem, co całe życie siedział z piwem przed telewizorem i tylko wymagał. Jak trzeba było, to robiłem.
Jak córka z zięciem brali swoje 52 metry pod Warszawą, dałem im 40 tysięcy oszczędności. Dla jednych mało, dla mnie to było prawie wszystko, co odłożyłem po nocnych zmianach i fuchach. Jak wnuczka się urodziła, przez pół roku woziłem im obiady, bo córka po cesarce ledwo chodziła. Jak zepsuł im się piec gazowy w grudniu, to siedziałem z fachowcem do 23, bo zięć „miał calla z Niemcami”. Jak trzeba było odebrać małą z przedszkola, to brałem urlop na żądanie. Jak córka zmieniała pracę, pożyczyłem jej 12 tysięcy „na chwilę”, które do dziś są „do rozliczenia”. Nigdy tego nie wypominałem, bo to rodzina.
Ale od jakiegoś czasu zacząłem widzieć, że dla nich rodzina znaczy tyle, że ojciec ma dawać, a najlepiej jeszcze nie przeszkadzać.
Najpierw były drobiazgi. Rzadziej dzwonili. Do lekarza pojechałem sam, choć córka mówiła wcześniej: „Tato, jak coś, to daj znać”. Dałem znać. Odpisała po czterech godzinach, że miała zebranie. Dobra, rozumiem, ludzie pracują. Potem święta. U mnie od lat barszcz, uszka, karp, sernik od siostry. A tu SMS, że w tym roku jadą do teściów, bo „trzeba sprawiedliwie dzielić czas”. Też rozumiem. Tylko jakoś to „sprawiedliwie” zawsze wychodziło nie w moją stronę.
Prawdziwy cios przyszedł przypadkiem. Wyszedłem z kuchni po herbatę, a oni myśleli, że jestem w łazience. Zięć mówi do córki:
– Musisz go przycisnąć, bo potem będzie za późno. Jak się coś odwali i trafi jakaś obca baba albo dom opieki, to mieszkanie przepadnie.
A córka na to:
– Wiem. On jest uparty, ale da się go wziąć na wnuczkę.
Nie wszedłem wtedy z awanturą. Wróciłem z tą herbatą i siedziałem jak kołek. Ale od tamtego dnia coś mi siadło w głowie. Nie o samo mieszkanie chodziło. Tylko o to, że ja już nie byłem dla nich ojcem i dziadkiem, tylko ryzykiem w papierach.
Po tygodniu pojechałem do notariusza w Olsztynie, bo mam tam znajomego po szkole. Zrobiłem testament. Mieszkanie nie idzie od razu do córki. Część ma dostać ona, część wnuczka po ukończeniu 25 lat, a do tego zapisałem, że do końca życia mam pełne prawo decydować o wszystkim sam. I tak, część oszczędności rozpisałem też na dom dziecka, z którym od lat robi zakupy moja siostra przed Mikołajkami. Nie jakieś miliony, zwykłe pieniądze, ale moje.
Jak córka się dowiedziała, była awantura.
– Czyli obcy są dla ciebie ważniejsi niż własna rodzina?
– Nie obcy – odpowiedziałem. – Po prostu nie chcę być traktowany jak etap do przejęcia mieszkania.
– Przesadzasz. Myśleliśmy praktycznie.
– Ja też myślę praktycznie.
Zięć wtedy wtrącił:
– A potem będzie płacz, jak zostaniesz sam.
Powiedziałem mu tylko:
– Lepiej sam niż na warunkach.
Od tamtej pory kontakt jest chłodny. Wnuczkę widuję rzadziej, i to mnie boli najbardziej, bo ona niczemu nie jest winna. Córka ostatnio napisała, że „nie poznaje własnego ojca” i że kiedyś uczyłem ją, że rodzina jest najważniejsza. No uczyłem. Tylko ja chyba rozumiałem to tak, że w rodzinie człowieka się nie liczy jak szafki do podziału.
I teraz siedzę z tym wszystkim i się zastanawiam. Bo z jednej strony dalej uważam, że zrobiłem uczciwie. Nikogo nie wyrzuciłem, nikomu nic nie zabrałem, po prostu nie dałem się ustawić pod cudzy plan. Z drugiej strony wiem, że jak człowiek raz postawi taką granicę, to później trudno wrócić do normalności.
Czy można naprawdę kochać własne dziecko i jednocześnie odmówić mu wybaczenia czegoś takiego?