„Obiecałam, że oddam męża do domu opieki. Dziś sama nie wiem, czy złamałam słowo, czy po uratowałam nas oboje”
„Ty chyba chcesz się mnie pozbyć” – powiedział do mnie mąż, kiedy wyjęłam z szafy jego dokumenty i zaczęłam kompletować wyniki badań. Powiedział to takim tonem, jakbym była obcą osobą, a nie kobietą, z którą przeżył ponad trzydzieści lat. I najgorsze jest to, że chwilę wcześniej naprawdę pomyślałam, że już nie daję rady.
Od dwóch lat opiekuję się mężem praktycznie sama. Na początku to było „tylko” zapominanie. Zostawiony gaz, zgubiony portfel, telefon w lodówce. Potem przyszły gorsze rzeczy. Nie poznawał sąsiadki, wyszedł do apteki i znalazła go policja dwa osiedla dalej. Raz w nocy ubrał się i powiedział, że idzie „do matki”, chociaż jego matka nie żyje od dwudziestu lat.
Dzieci mamy dorosłe, ale mieszkają daleko. Córka pod Wrocławiem, syn w Gdańsku. Dzwonią, pytają, czasem przyjadą na weekend, ale codzienności nie widzą. A codzienność jest taka, że człowiek nie śpi, bo nasłuchuje, czy drzwi wejściowe się nie otwierają. Że nie można spokojnie wyjść do Biedronki, bo w 15 minut wszystko może się wydarzyć. Że mąż potrafi patrzeć mi w twarz i pytać: „Pani do kogo?”
Najgorsze, że ja mu kiedyś obiecałam. Jeszcze zanim diagnoza padła wprost w poradni neurologicznej. Powiedział wtedy: „Tylko mnie nigdy nie oddawaj do żadnego ośrodka”. A ja bez zastanowienia: „Nigdy”. Wtedy wydawało mi się, że chodzi o coś odległego, może nawet że nas to nie spotka tak mocno.
Tylko że obietnice łatwo się składa przy stole, a trudniej dotrzymuje o trzeciej nad ranem, kiedy ktoś stoi nad tobą i krzyczy, że ukradłaś mu mieszkanie.
Był taki dzień, że zamknęłam się w łazience i ryczałam po cichu, bo mąż uderzał pięścią w drzwi i wołał, żebym „wyszła z jego domu”. Nie dlatego, że był zły. On naprawdę wierzył, że ja jestem kimś obcym. A ja potem wyszłam, zrobiłam mu kanapki, podałam leki i jeszcze miałam wyrzuty sumienia, że się go boję.
Córka zaczęła mówić o DPS-ie już kilka miesięcy temu.
„Mamo, ty chudniesz w oczach.”
„Przesadzasz.”
„Nie przesadzam. Byłaś u lekarza?”
„Nie mam kiedy.”
„Właśnie o to chodzi.”
Syn był bardziej stanowczy.
„To już nie jest kwestia wygody. To jest bezpieczeństwo. Jego i twoje.”
„Łatwo wam mówić z daleka.”
„To nie fair, mamo. Przyjeżdżam, kiedy mogę.”
„Na dwa dni. A potem ja zostaję sama.”
I to też prawda. Ale prawda jest też taka, że kiedy przyjeżdżali, od razu się wtrącałam. Że źle go karmią, że nie tak podają leki, że nie rozumieją jego przyzwyczajeń. Chciałam pomocy, ale tylko na moich zasadach. Dziś to widzę.
Przełom był miesiąc temu. Poszłam wyrzucić śmieci. Dosłownie na chwilę. Jak wróciłam, męża nie było. Drzwi otwarte. Telefon został. Szukałam go po całym osiedlu, potem dzwoniłam na 112. Znalazł się po dwóch godzinach przy przystanku, w kapciach, bez kurtki. Było zimno. Ratownik powiedział mi na boku: „Pani już tego sama nie udźwignie”. Tak po prostu.
Tego samego tygodnia trafiłam do internisty, bo od miesięcy miałam zawroty głowy i kołatanie serca. Ciśnienie wysokie, wyniki słabe, lekarz zapytał, czy ja w ogóle odpoczywam. Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam.
Potem zaczęłam załatwiać formalności. MOPS, orzeczenie, lista placówek, telefony, dokumenty. Chowałam papiery do szuflady, jakbym robiła coś wstydliwego. I właśnie wtedy mąż mnie przyłapał.
„Ty chyba chcesz się mnie pozbyć.”
„Nie chcę się ciebie pozbyć.”
„To po co te papiery?”
„Bo już nie daję sama rady.”
„Obiecałaś.”
To słowo mnie rozwaliło. Bo obiecałam. Tylko że on powiedział to akurat w jednym z tych lepszych momentów, kiedy był bardziej „sobą”. I przez chwilę znowu uwierzyłam, że może jeszcze dam radę. Odwołałam jedno spotkanie w placówce. Uznałam, że poczekam.
Dwa dni później nie poznał mnie przez cały dzień. Wieczorem usiadł przy stole i powiedział do córki przez telefon: „Przyjedź po mnie, bo ta kobieta mnie pilnuje”. Córka płakała, ja też, ale po cichu, żeby nie słyszał.
Ostatecznie zawiozłam go do prywatnego domu opieki pod naszym miastem, bo na miejsce w państwowej placówce czeka się długo, a ja byłam już na granicy. Koszt jest duży i z emerytury ledwo spinamy resztę, dzieci dokładają. Mąż przez pierwsze dni był obrażony, potem raz mówił normalnie, a raz pytał personel, kiedy pojedzie do domu. Za każdym razem, gdy wychodziłam, czułam się jak najgorszy człowiek.
Ale pierwszy raz od bardzo dawna przespałam całą noc. I właśnie to mnie najbardziej boli. Ta ulga. Bo skoro poczułam ulgę, to czy naprawdę go kochałam tak, jak powinnam?
Córka mówi: „Mamo, zrobiłaś to z miłości”. Ja dalej nie wiem. Wiem tylko, że w domu nie dawałam już rady być żoną, byłam tylko opiekunką, pielęgniarką, ochroniarzem i kimś, kogo on coraz częściej nie rozpoznawał.
Jeżdżę do niego co drugi dzień. Czasem trzyma mnie za rękę i jest spokojny. Czasem patrzy obco. Za każdym razem wracam z myślą, że go zawiodłam. A potem przychodzi noc, przesypiam ją i myślę, że może gdybym tego nie zrobiła, zawiodłabym nas oboje jeszcze bardziej.
Powiedzcie szczerze: oddanie bliskiej osoby do domu opieki w takiej sytuacji to zdrada obietnicy czy jednak forma miłości? Bo ja naprawdę już sama nie umiem tego ocenić.