Powiedziałem żonie, że nie dam rady dłużej ciągnąć wszystkiego sam. Usłyszałem tylko: „to sobie ogarnij”
„To sobie ogarnij” – to usłyszałem od żony, kiedy w niedzielę wieczorem siadłem w kuchni i powiedziałem wprost, że ja już nie wyrabiam.
Nie chodziło o jakieś wielkie dramaty, tylko o zwykłe życie, które mnie zajechało. Rata za mieszkanie 3,2 tysiąca, czynsz prawie 1100, córka od września aparat na zęby – 4,5 tysiąca na raty, syn od miesiąca chodzi na rehabilitację po kontuzji kolana. Do tego teściowa po operacji biodra, więc od trzech tygodni praktycznie co drugi dzień po pracy jadę do niej zawieźć zakupy, wykupić leki albo skręcić coś w mieszkaniu, bo „złota rączka” za przyjazd bierze już takie pieniądze, że szkoda gadać.
Ja pracuję w hurtowni budowlanej pod Warszawą, od 7 do 16, ale rzadko wychodzę o 16, bo albo dostawa, albo inwentaryzacja, albo ktoś się rozchoruje. Żona pracuje zdalnie w księgowości i też ma swoje terminy, ja to rozumiem. Tylko jakoś wyszło tak, że wszystko „terenowe” jest moje. Szkoła, lekarze, mechanik, wymiana opon, zebrania, paczkomat, awaria pralki, wniosek do spółdzielni, nawet kupno prezentu na urodziny chrześniaka, bo „ty jesteś bardziej ogarnięty”.
I długo nic nie mówiłem, bo uważałem, że facet ma po prostu robić. Jak jest robota, to się robi. Jak dzieci trzeba odebrać, to się odbiera. Jak trzeba siedzieć po nocach i porównywać ceny OC, to się siedzi. Nie jestem z tych, co siadają i płaczą, że ciężko. Tylko ostatnio trzy noce z rzędu budziłem się o 3:40 i już nie mogłem zasnąć, bo w głowie leciała lista: rachunki, przegląd auta, wywiadówka, leki dla teściowej, faktura za gaz.
W tę niedzielę po obiedzie jeszcze pojechałem do marketu, potem do teściowej, potem na myjnię, bo auto wyglądało jak po rajdzie. Wróciłem, dzieciaki kłótnia o ładowarkę, pies narzygał w przedpokoju, a żona od progu: „Kupiłeś papier do drukarki? Bo jutro muszę wysłać dokumenty”. Nie kupiłem. Zapomniałem. Pierwszy raz od dawna po prostu mi się coś wysypało.
Powiedziałem: „Słuchaj, ja już serio nie daję rady. Musimy to jakoś podzielić, bo ja czuję, że zaraz pierdyknę”.
A ona, bez podniesienia głosu, tylko takim chłodnym tonem: „No to sobie ogarnij. Ja też pracuję i też jestem zmęczona”.
I mnie to uderzyło bardziej niż jakaś awantura. Bo ja nie oczekiwałem medalu. Nawet nie chodziło o to, żeby mnie po głowie pogłaskać. Tylko może jedno zdanie: „Dobra, widzę, że ci ciężko, siądźmy i rozpiszmy to”. Cokolwiek.
Zamiast tego się zagotowałem. Powiedziałem, że od jutra nie załatwiam nic poza swoją pracą i odebraniem dzieci dwa razy w tygodniu, resztę niech każdy bierze po połowie. Teściowa – organizujemy opiekę prywatnie albo angażujemy szwagra, bo jakoś dziwnie on zawsze „nie może”. Papier do drukarki, prezenty, szczepienia psa, dentysta dzieci – siadamy z kalendarzem i dzielimy. Bez zgadywania, bez zrzucania na mnie.
Żona się obraziła. Powiedziała, że robię „excel z rodziny” i że wsparcie nie polega na wystawianiu faktur za każde odebrane dziecko. Może i miała trochę racji, bo faktycznie wyliczyłem wszystko jak kierownik zmiany. Tylko z drugiej strony – jak mówiłem wcześniej spokojnie: „weź w tym tygodniu ty ogarnij ortodontę”, to słyszałem „przypomnij mi jutro”, a potem i tak kończyło się na mnie.
Od tamtej rozmowy jest między nami dziwnie. Niby normalnie funkcjonujemy, ale chłodno. W poniedziałek specjalnie nie pojechałem po leki dla teściowej, bo uznałem, że jak raz odpuszczę, to może ktoś zobaczy, ile tego jest. I pojechała żona, spóźniła się z robotą, była wściekła i rzuciła wieczorem: „Teraz jesteś z siebie dumny?”
Nie byłem. Ale też nie czułem, że zrobiłem coś nieuczciwego. Jak człowiek cały czas bierze więcej, bo umie, bo szybciej, bo nie chce awantury, to w końcu staje się to niewidzialne. I chyba o to mam największy żal. Nie o sam papier do drukarki, nie o zakupy, tylko o to, że jak pierwszy raz powiedziałem wprost „nie daję rady”, to nie usłyszałem nawet zwykłego „widzę”.
Teraz żona twierdzi, że przesadzam i robię z normalnego zmęczenia kryzys. Ja uważam, że jak człowiek nie postawi granicy w takim momencie, to później już tylko jedzie na oparach.
Tylko powiedzcie sami: czy naprawdę proszenie we własnym domu o trochę konkretnego wsparcia to już słabość, czy po prostu ostatni moment, żeby się nie rozsypać?