„Jak mogliście jej odmówić?” Po awanturze w pracy męża w końcu powiedzieliśmy dość jego siostrze
„Serio? Po tym wszystkim, co dla was znaczyłam, nie odbieracie nawet telefonu?” – usłyszał mój mąż od swojej siostry na środku sklepu, gdzie pracuje. Powiedziała to tak głośno, że ludzie odwracali głowy, a kierownik potem wezwał go na zaplecze i zapytał, czy ma jakieś „prywatne problemy”, które wpływają na pracę.
Jak się o tym dowiedziałam, to mnie po prostu ścięło. Bo to nie był pierwszy raz, kiedy ona przekraczała granice. Ale pierwszy raz zrobiła to publicznie i w miejscu pracy.
Od kilku lat pomagaliśmy jej praktycznie bez przerwy. Raz „tylko” 300 zł do pierwszego, raz zakupy z Biedronki, raz opłata za podręczniki, potem buty dla dzieci, potem rachunek za prąd, bo „odetną”. Mąż miał do niej słabość, bo wychowywali się w jednym pokoju w bloku po dziadkach i zawsze słyszał od matki, że „rodzeństwo musi się trzymać”. Ja też nie byłam bez winy, bo w to wchodziłam.
Prawda jest taka, że bardzo długo nie mogliśmy mieć dzieci. Leczenie, badania, dojazdy do kliniki w innym mieście, hormony, stres. I ona o tym wiedziała. Czasem mówiła: „Ty to chociaż się wyśpisz, weź mi młodego na weekend”, albo „Dla was 500 zł to nie problem, nie macie przecież tylu wydatków co rodzina z dziećmi”. Niby żartem, niby między słowami, ale trafiało we mnie idealnie. Czułam się gorsza i miałam wrażenie, że jak pomogę jej dzieciom, to trochę zagłuszę to, że sama nie jestem matką.
Mąż kilka razy mówił: „Przesadza, ale to dzieciaki, szkoda mi ich”. I tak dawaliśmy. Tylko że to nigdy nie była jednorazowa pomoc. To było dzwonienie wieczorem, że trzeba już, teraz, natychmiast. Jak nie odbierałam, pisała do męża. Jak on nie odbierał, pisała do mnie: „Widzę, jacy z was ludzie”.
Najgorsze było to, że często kłamała albo nie mówiła całej prawdy. Raz pożyczyliśmy na czynsz, a tydzień później wrzuciła zdjęcia z urodzin dziecka w sali zabaw i z nowym telefonem. Jak mąż zapytał spokojnie, skąd miała na to pieniądze, obraziła się i powiedziała: „Mam się wam spowiadać?”. Innym razem wzięła od nas pieniądze „na lekarza”, a potem teściowa przypadkiem powiedziała, że chodziło o ratę za telewizor.
Ale my też nie byliśmy fair. Bo zamiast od razu powiedzieć stop, pomagaliśmy, a potem mieliśmy pretensje. Zdarzało mi się marudzić do męża po fakcie: „Po co znowu jej przelałeś?”, a jak ona pisała bezpośrednio do mnie o dzieci, to miękłam. Sami robiliśmy bałagan, bo granice były raz takie, raz inne.
Przełom był miesiąc temu. Mieliśmy wtedy bardzo ciężki czas. Po kolejnym nieudanym leczeniu oboje ledwo się trzymaliśmy, a do tego rata kredytu i podwyżka czynszu. Ustaliliśmy, że przez jakiś czas nikomu nie pożyczamy pieniędzy, bo sami już jedziemy na oparach. Mąż napisał jej to normalnie, bez awantury. Odpisała tylko: „Dobra, zapamiętam”.
Dwa dni później przyszła do jego pracy. Podobno najpierw chciała, żeby „wyszedł tylko na chwilę”, a potem zaczęła głośno mówić, że zostawił rodzinę, że dzieci nie mają za co żyć, że ja nim steruję, bo jestem zazdrosna o jej dzieci. To ostatnie szczególnie mnie zabolało, bo dokładnie wiedziała, gdzie uderzyć. Mąż mówił, że stał jak wryty, bo nie chciał robić większej sceny przy klientach.
Wieczorem pierwszy raz powiedział: „Ja już nie dam rady. To nie jest pomoc, tylko szantaż”. I wtedy ustaliliśmy konkrety. Żadnych pożyczek. Żadnego odbierania dzieci „na już”, bo ona ma coś do załatwienia. Żadnych wizyt bez zapowiedzi. Kontakt tylko w normalnych godzinach i tylko w sprawach naprawdę pilnych. Jak chodzi o jedzenie czy rzeczy dla dzieci, możemy zamówić zakupy raz na jakiś czas, ale bez dawania gotówki.
Jak to przekazaliśmy, rozpętało się piekło. Teściowa zadzwoniła, że „dzieci się nie karze za konflikty dorosłych”. Szwagier przez telefon wykrzyczał mężowi, że odkąd jest ze mną, to się od rodziny odwrócił. Kuzynka napisała mi, że „kobieta, która sama nie ma dzieci, nigdy nie zrozumie matki”. Szczerze? Zabolało mnie to bardziej, niż chciałabym przyznać.
Tylko że od tamtej pory po raz pierwszy od dawna mamy w domu trochę spokoju. Mąż nie podskakuje na każdy dźwięk telefonu. Ja nie mam już ścisku żołądka, jak widzę wiadomość od niej. I jednocześnie mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że te dzieci naprawdę nie są niczemu winne.
Nie uważam, że ona jest potworem. Myślę, że sobie nie radzi, że przyzwyczaiła wszystkich, że zawsze ktoś ją uratuje, i sama już nie widzi, gdzie kończy się prośba o pomoc, a zaczyna wymuszanie. Ale to nie zmienia faktu, że nas to rozwalało psychicznie i finansowo.
Na razie się trzymamy tego, co ustaliliśmy, choć rodzina dalej naciska. I zastanawiam się, czy my faktycznie przesadziliśmy z tym odcięciem spontanicznej pomocy, czy po prostu za późno postawiliśmy granice. Jak wy byście to rozegrali na naszym miejscu?