Przestałam czekać, aż mój mąż znajdzie pracę „godną siebie”
Najgorsze nie było nawet to, że na koncie zostawało mi czasem 180 zł do końca miesiąca. Najgorsze było to, że Paweł potrafił wtedy zamówić sobie przez internet słuchawki za dwieście pięćdziesiąt, bo „stare trzeszczą”, a potem obrazić się, kiedy pytałam, z czego opłacimy świetlicę Mai.
Pracuję w rejestracji w prywatnej przychodni pod Olsztynem. Pełny etat, czasem dodatkowa sobota, kiedy ktoś zachoruje. Nie są to wielkie pieniądze, ale do niedawna jakoś się spinaliśmy. Mamy dwójkę dzieci: Maję, która ma dziewięć lat, i Antka, sześć. Wynajmowaliśmy trzypokojowe mieszkanie na osiedlu, blisko szkoły i przedszkola. Czynsz z opłatami zimą dochodził do prawie trzech tysięcy. Do tego jedzenie, leki dla Antka na alergię, ubrania, bilety, zwykłe życie.
Paweł od dawna nie miał stałej pracy. Na początku mówił, że po likwidacji magazynu, w którym pracował, potrzebuje chwili, żeby znaleźć coś sensownego. Rozumiałam to. Naprawdę. Był po czterdziestce, całe życie robił fizycznie i bał się, że znowu trafi na umowę na miesiąc albo na ludzi, którzy będą mu wypłacać po terminie.
Tylko że ta chwila przeciągnęła się do prawie czterech lat.
Zdarzały mu się fuchy: skręcanie mebli, pomoc przy przeprowadzce, czasem wyjazd na dwa dni do wykończeniówki. Wracał wtedy zmęczony, brudny, często nawet dumny z siebie. I ja też potrafiłam się cieszyć. Tyle że te pieniądze nigdy nie trafiały tam, gdzie powinny. Kupił elektronarzędzia, chociaż nie miał zleceń. Raz pożyczył koledze osiemset złotych, bo tamten „odda w piątek”. Nie oddał. Innym razem zapłacił za naprawę starego samochodu, który od miesięcy stał pod blokiem i nie przechodził przeglądu.
Kiedy mówiłam, że potrzebuję, żeby dokładał się regularnie, odpowiadał podobnie.
– Ty byś chciała, żebym poszedł na kasę do marketu za najniższą. Tyle we mnie wiary masz.
Albo:
– Łatwo ci mówić, bo siedzisz za biurkiem i masz pewną wypłatę. Ja nie będę się poniżał byle czym.
Nie siedziałam za biurkiem. Rejestrowałam po kilkudziesięciu pacjentów dziennie, odbierałam telefony, słuchałam pretensji ludzi, którzy spóźnili się na wizytę i oczekiwali, że lekarz na nich zaczeka. Ale przestałam go poprawiać. Z czasem człowiek traci siłę nawet na takie drobiazgi.
Moi rodzice długo nam pomagali. Tata jest emerytowanym kolejarzem, mama dorabiała sprzątaniem klatek, choć ma chore kolano. Nie byli bogaci. Mieszkają w małym mieszkaniu po babci. A jednak co miesiąc dosyłali nam pieniądze. Raz tysiąc, raz mniej. Opłacili Mai angielski i basen, Antkowi zajęcia z robotyki. Tata mówił, że dzieci nie powinny płacić za błędy dorosłych.
Paweł przyjmował tę pomoc tak, jakby była czymś oczywistym. Przy świątecznym stole mówił nawet: „No, rodzina jest od tego, żeby się wspierać”. Mama wtedy milczała, ale widziałam, jak zaciska usta.
Pękło w listopadzie. Wysłałam mamie wiadomość, że brakuje nam 1200 zł do czynszu, bo Paweł miał dostać zapłatę za układanie paneli, ale zleceniodawca podobno się nie rozliczył. Niby miałam w to wierzyć, choć nie znałam adresu tej budowy ani nazwiska człowieka.
Mama zadzwoniła wieczorem. Stałam akurat w kuchni i obierałam ziemniaki. Dzieci oglądały bajkę, a Paweł siedział w dużym pokoju z telefonem.
– Karolina, nie przelejemy już nic – powiedziała cicho.
Najpierw poczułam złość. Taką głupią, dziecinną. Że akurat teraz, że przecież wiedzą, że mam dzieci. Dopiero po chwili usłyszałam, że mama płacze.
– My już nie pomagamy tobie, tylko utrzymujemy Pawła. A on nawet nie udaje, że chce to zmienić. Tata sprzedał działkę po dziadku i te pieniądze też się kiedyś skończą. Nie możemy brać odpowiedzialności za wasze życie.
Powiedziałam jej, że rozumiem, ale nie rozumiałam. Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam na te ziemniaki w zlewie. Paweł przyszedł po wodę. Powiedziałam mu, co usłyszałam.
Wzruszył ramionami.
– No to super. Twoi rodzice zawsze mnie nie lubili.
– Paweł, oni przez lata płacili nam czynsz.
– Bo chcieli mieć kontrolę. Teraz zobaczymy, czy jesteś po mojej stronie.
To zdanie zostało ze mną bardzo długo. Nie zapytał, ile nam brakuje. Nie powiedział, że rano gdzieś zadzwoni, pojedzie, weźmie cokolwiek na przeczekanie. Interesowało go tylko, czy wybiorę jego, czy swoich rodziców.
Przez następne dwa tygodnie próbowałam jeszcze wszystkiego po trochu. Rozpisywałam wydatki, pytałam o pracę w firmie sprzątającej, gdzie szukali ludzi na rano. Znalazłam ogłoszenie do hurtowni, na zmiany, z umową. Paweł nawet nie chciał go oglądać.
– Mam tyrać po nocy za grosze? Ty naprawdę nic nie rozumiesz.
A ja chyba wtedy pierwszy raz pomyślałam: może rozumiem za dobrze. Rozumiem, że jeśli zostanę, będę pracowała więcej, pożyczała od rodziców albo banku, liczyła każdą promocję w Biedronce i udawała przed dziećmi, że wszystko jest normalnie. A on nadal będzie czekał na pracę, która nie urazi jego ambicji.
Nie było wielkiej awantury. Nie rzucałam walizkami. W grudniu znalazłam dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta. Mniejsze, z kuchnią tak ciasną, że dwie osoby ledwo się mijają, ale czynsz był o tysiąc złotych niższy. Właściciel zgodził się na dzieci i kota, którego Maja przywlokła kiedyś z działek.
Powiedziałam Pawłowi w sobotę rano. Dzieci były u moich rodziców.
– Wyprowadzam się z nimi po świętach – powiedziałam. – Nie dam już rady tak żyć.
Najpierw się śmiał. Potem powiedział, że sobie nie poradzę. Później, że niszczę dzieciom rodzinę. Na końcu usiadł przy stole i przez kilka minut nic nie mówił. Było mi go żal, co chyba brzmi absurdalnie. Widziałam człowieka, którego kiedyś kochałam, tylko jakby przykrytego warstwą wymówek, urażonej dumy i czegoś, czego nie umiałam już nazwać.
Przez pierwsze dni w nowym mieszkaniu Antek pytał, kiedy tata przyjdzie spać. Maja nie pytała o nic, tylko za długo siedziała pod prysznicem. Paweł czasem odbiera dzieci, czasem odwołuje, bo „wypadła robota”. Przelał mi dwa razy po trzysta złotych. Za drugim razem napisał, że to ostatnie, bo sam ma ciężko.
Mam ciężko. Nadal liczę pieniądze. Nadal czasem budzę się przed budzikiem i przez moment nie wiem, czy czynsz jest zapłacony. Ale nikt już nie wydaje mojej wypłaty, zanim zdążę kupić dzieciom buty na zimę.
Wczoraj Maja przyniosła ze szkoły zgodę na wycieczkę. Kosztowała 85 zł. Zapłaciłam od razu przez dziennik elektroniczny i dopiero potem zauważyłam, że ręce mi się trzęsą. Nie ze strachu. Chyba z ulgi, że tym razem nie muszę nikogo prosić o przelew.