„To tylko kot” — usłyszałam od partnera, gdy zniknęła moja córka na 20 minut. Dopiero później zrozumiałam, co tak naprawdę straciłam
„Naprawdę chcesz robić aferę o kota?” — to było pierwsze, co usłyszałam, kiedy powiedziałam partnerowi, że ma się dzisiaj spakować i wyjść chociaż na kilka dni.
Ręce mi się trzęsły, bo siedziałam wtedy na podłodze w przedpokoju, a moja córka płakała w pokoju i nie chciała już nawet wyjść do łazienki sama.
Wiem, jak to brzmi. Sama jeszcze tydzień wcześniej powiedziałabym, że przesadzam. Naprawdę. I chyba to jest w tym wszystkim najgorsze.
Mieszkaliśmy razem od trzech lat, w moim mieszkaniu po babci, na dużym blokowisku pod Krakowem. Ja, córka z poprzedniego związku, on i nasz kot, taki zwykły dachowiec wzięty ze schroniska w Korabiewicach. Kot był bardziej „mój” niż jego, ale on od początku mówił, że lubi zwierzęta, że mu nie przeszkadzają, że przecież „dom bez kota to nie dom”.
Z czasem zaczęły się małe uwagi.
— Znowu kuweta nie zrobiona.
— Znowu sierść na kanapie.
— Znowu weterynarz i dwie stówy za byle co.
Ja też nie byłam święta. Brałam za dużo na siebie, a potem miałam pretensje, że nikt mi nie pomaga. Pracuję w przychodni rejestratorką, wracam zmęczona, córka swoje, dom swoje, a ja zamiast normalnie pogadać, to zbierałam wszystko w sobie i potem wybuchałam o byle kubek w zlewie. On pracował na magazynie w centrum logistycznym i też wracał zmęczony. Coraz częściej mijaliśmy się jak współlokatorzy.
Tydzień temu córka wróciła ze szkoły i powiedziała:
— Mamo, nie chcę, żeby on zostawał ze mną sama.
Pytam dlaczego, a ona tylko wzrusza ramionami i mówi:
— Bo nie.
Przyznam się uczciwie: nie dopytałam tak, jak powinnam. Miałam dyżur na popołudnie, byłam spóźniona, pomyślałam, że może się pokłócili o lekcje albo telefon. Powiedziałam tylko:
— Dobra, pogadamy wieczorem.
Nie pogadałam. I to mnie teraz gryzie najbardziej.
Dwa dni później miałam wolne. Byłam w kuchni, on siedział w salonie, córka bawiła się z kotem w pokoju. W pewnym momencie słyszę trzask drzwi na klatkę. Wybiegam, a córki nie ma. Kot też zniknął. Zaczęłam panikować, bo mieszkamy na czwartym piętrze, obok ruchliwej ulicy.
Krzyczę:
— Gdzie ona jest?!
A on siedzi i mówi spokojnie:
— Pobiegła za kotem, zaraz wróci.
Ja już miałam miękkie nogi.
— Jak to pobiegła za kotem?! I ty ją puściłeś samą?!
Dopiero wtedy wstał i powiedział takim tonem, jakbym była nienormalna:
— Otworzyłem tylko drzwi, bo chciałem przewietrzyć. Kot wybiegł. Mała poleciała za nim. Co miałem zrobić?
Zbiegłam na dół w kapciach. Szukałam jej pod blokiem, przy śmietnikach, przy parkingu. Znalazłam ją po może dwudziestu minutach przy trzepaku za następnym budynkiem. Trzymała kota i cała się trzęsła. Powiedziała tylko:
— Myślałam, że samochód go przejedzie.
W domu zrobiłam awanturę. A on na to:
— Nic się nie stało. Przesadzasz.
— Nic się nie stało?! Moje dziecko wybiegło samo z domu!
— To twoje dziecko nie umie siedzieć spokojnie. Wszystko zawsze jest na mojej głowie.
I wtedy córka powiedziała coś, po czym mnie ścięło.
— On specjalnie wypuścił kota.
Zapadła cisza. On od razu:
— Bzdura. Dziecko sobie dopowiada.
Patrzę na nią, ona płacze i mówi:
— Powiedział, że jak tak go kocham, to mam sobie go sama łapać.
Do dziś pamiętam, jak on wtedy przewrócił oczami.
— Serio będziesz wierzyć dziecku, które histeryzuje?
I tu dochodzimy do tego, co mnie najbardziej boli. Bo ja nie powiedziałam od razu „wynoś się”. Ja jeszcze próbowałam to skleić. Pytałam, tłumaczyłam, chciałam usłyszeć jakieś „przepraszam”. On zamiast tego mówił, że robię z niego potwora, że wszystko źle interpretuję, że sama zaniedbałam kota, dziecko i związek, a teraz szukam winnego.
Część z tego była prawdą. Ostatnio byłam wiecznie nerwowa, odkładałam rozmowy, liczyłam, że samo się ułoży. Tylko że to nie zmienia faktu, że dorosły człowiek nie powinien stawiać dziecka w takiej sytuacji. Nawet jeśli był wkurzony. Nawet jeśli kot go drażnił. Nawet jeśli między nami było źle.
Wieczorem córka powiedziała mi jeszcze jedną rzecz. Że to nie pierwszy raz, kiedy mówił przy niej o oddaniu kota „byle gdzie”, i że prosił, żeby mi nie mówiła, bo „mama znowu zrobi aferę”. I wtedy poczułam, że już nie chodzi o kota. Ani nawet o te 20 minut. Tylko o to, że we własnym domu przestałam wiedzieć, co jest prawdą, a co nie.
Kiedy kazałam mu wyjść, powiedział:
— Rozwalasz wszystko przez jedną sytuację.
A ja mu odpowiedziałam:
— Nie przez jedną sytuację. Przez to, że już ci nie wierzę.
Na razie jest u swojego brata. Pisał, że chce porozmawiać, że poniosły go nerwy, że nie chciał nic złego. Moja mama mówi, że jak raz naruszył poczucie bezpieczeństwa dziecka, to nie ma o czym gadać. Moja siostra twierdzi, że ludzie popełniają błędy i pytanie, czy umie wziąć odpowiedzialność. Ja siedzę pośrodku i mam wyrzuty sumienia, bo może za długo ignorowałam sygnały, a z drugiej strony czuję ulgę, że go nie ma.
Najbardziej chyba straciłam nie związek, tylko takie zwykłe poczucie, że w domu jesteśmy bezpieczne. I nie wiem, czy jak to raz pęknie, to da się jeszcze skleić. Jak wy byście na to patrzyli? Da się wybaczyć coś takiego czy już nie?