Mąż zamknął się w pokoju, przestał spać i w końcu zostawił mnie z córką. Kiedy po miesiącach wrócił i powiedział, że chce się leczyć, nie umiałam odpowiedzieć od razu
„Ja już tak nie mogę” – powiedziałam do męża przez zamknięte drzwi do małego pokoju, gdzie siedział trzeci dzień prawie bez wychodzenia. „Albo otwierasz i rozmawiamy, albo dzwonię po twojego brata”.
Od środka usłyszałam tylko: „Daj mi spokój”.
To nie zaczęło się z dnia na dzień. Najpierw myślałam, że to stres. Pracował w magazynie pod Łodzią, zmiany się mieszały, raz nocki, raz poranki. Wracał rozbity, mówił, że nie może zasnąć. Potem już nie mówił prawie nic. Siedział do czwartej, piątej rano w kuchni, patrzył w telefon albo w ścianę. Rano był rozdrażniony. Córka pytała: „Czemu tata znowu śpi w dzień?”, a ja wymyślałam jakieś głupie odpowiedzi, że jest zmęczony pracą.
Na początku go poganiałam, zamiast naprawdę zobaczyć, że dzieje się coś złego. „Weź melisę, idź do lekarza rodzinnego, każdy jest zmęczony” – mówiłam. On się wtedy wściekał. „Ty myślisz, że ja nie próbuję spać?”
Potem przestał chodzić normalnie do pracy. Najpierw L4, potem jakieś urwane telefony od kierownika. Raz odebrałam, bo nie miał siły. Powiedziałam, że oddzwoni. Nie oddzwonił. Ja też nie drążyłam, bo bałam się prawdy.
Najgorsze były wieczory. Córka zasypiała, a on zaczynał chodzić po mieszkaniu. Od okna do łazienki, od łazienki do kuchni. Jak pytałam, co się dzieje, mówił: „Nie umiem wyłączyć głowy”. Zdarzało się, że przez dwa dni prawie nic nie jadł, a potem nagle o drugiej w nocy smażył jajecznicę. Coraz częściej zamykał się w tamtym pokoju. Nie chciał, żeby córka wchodziła. Raz się rozpłakała pod drzwiami, bo chciała mu pokazać rysunek, a on nawet nie odpowiedział.
Wtedy już byłam na niego wściekła. I teraz wiem, że też dokładałam. Zamiast powiedzieć: „Boję się o ciebie”, mówiłam: „Ogarnij się, masz rodzinę”. Dla kogoś z boku może to jedno i to samo, ale w domu to nie jest to samo.
W końcu pojechałam do teściowej, bo myślałam, że może ona do niego trafi. Siedziała w kuchni i tylko westchnęła.
„On od małego był trudny.”
Powiedziałam: „To nie jest trudny charakter, tylko coś się z nim dzieje”.
A ona na to: „Teraz to wszyscy mają coś. Za naszych czasów człowiek szedł do pracy i nie wydziwiał”.
Do dziś mnie to boli. Nie oczekiwałam cudów, tylko trochę wsparcia. Chociaż z drugiej strony ona też chyba nie umiała tego nazwać. Dla niej lekarz od głowy to był wstyd.
Któregoś ranka zobaczyłam, że spakował plecak. Nie jakiś wielki dramat, po prostu plecak, dwie bluzy, ładowarka.
„Gdzie idziesz?” – zapytałam.
„Muszę pobyć sam.”
„A my?”
„Nie daję rady.”
I tyle. Żadnej awantury, żadnego trzaskania drzwiami. Po prostu wyszedł. Córce powiedziałam, że tata musi odpocząć. Potem, że jest u rodziny. Potem już przestała pytać codziennie, i to było chyba najgorsze.
Przez następne miesiące ciągnęłam wszystko sama. Przedszkole, opłaty, zakupy, praca zdalna i dorabianie po godzinach. Mieliśmy kredyt, czynsz, zwykłe życie. On czasem pisał tylko: „Przepraszam” albo „Jak mała?”. Przelewał jakieś pieniądze, nieregularnie, raz więcej, raz nic. Wiedziałam od jego brata, że śpi kątem u kolegi, potem przez chwilę u matki, ale z nią też się kłócił. Podobno prawie nie spał wcale.
Był moment, że chciałam złożyć pozew i zamknąć temat. Nie dlatego, że przestałam cokolwiek czuć, tylko dlatego, że miałam dość życia w zawieszeniu. Ale za każdym razem, kiedy siadałam do komputera, coś mnie blokowało. Może strach, może litość, może zwykłe zmęczenie.
Po około pół roku zadzwonił. Pierwszy raz nie w nocy, nie po dwóch tygodniach ciszy, tylko normalnie, w środę po południu.
„Byłem u psychiatry” – powiedział od razu.
Myślałam, że źle usłyszałam.
„I?”
„Mam leki. I mam iść na terapię. Pani doktor powiedziała, że samo nie przejdzie.”
Usiadłam wtedy na podłodze w przedpokoju, bo nogi mi się ugięły. Tyle miesięcy prosiłam, błagałam, złościłam się, a on dopiero wtedy to zrobił, kiedy już nas zostawił.
„Dlaczego teraz?” – zapytałam.
Długo milczał.
„Bo myślałem, że jak odejdę, to wam będzie lżej. A potem było tylko gorzej. I mnie, i wam.”
Wrócił po jakimś czasie, ale nie tak po prostu, że znów jesteśmy rodziną i koniec tematu. Na początku przychodził do córki. Siedział z nią na placu zabaw, odrabiał z nią zadania, czytał bajki. Był cichszy niż kiedyś, jakby starszy. Z teściową dalej było chłodno. Raz przy mnie powiedziała: „No, oby ci się znowu nie odmieniło”. On wtedy pierwszy raz odpowiedział jej twardo: „Mamo, przestań”.
Mieszka teraz z nami z powrotem od dwóch miesięcy, ale śpi w salonie. Tak wyszło i na razie tak zostało. Bierze leki, chodzi na wizyty, czasem nawet sam mówi, że ma gorszy dzień. To i tak ogromna zmiana. Tylko że ja nie umiem wrócić do tego, co było. Jak słyszę, że w nocy chodzi po mieszkaniu, od razu mnie ściska w środku. Jak zamyka drzwi, mam przed oczami tamten pokój i płaczącą córkę.
On ostatnio powiedział: „Wiem, że cię zawiodłem, ale chciałbym jeszcze spróbować”. A ja mu odpowiedziałam szczerze: „Ja nie wiem, czy jeszcze umiem być twoją żoną. Na razie umiem tylko być obok”.
I chyba właśnie w tym miejscu jesteśmy. Nie chcę udawać, że samo leczenie cofnie wszystko, co się stało. Ale też widzę, że to nie było zwykłe lenistwo czy zła wola. Nadal mam żal, nadal się boję, a jednocześnie nie potrafię tego przekreślić jednym ruchem. Jestem ciekawa, co wy byście zrobili na moim miejscu i czy zaufanie po czymś takim da się jeszcze odbudować.