„Jak możesz teraz odejść?” usłyszałam od mamy i wtedy zrozumiałam, że w tym domu już od dawna nie jestem córką, tylko kimś od wszystkiego
„To kiedy ty w końcu przestaniesz myśleć tylko o sobie?” – powiedziała do mnie mama przy obiedzie, bo wspomniałam, że złożyłam CV do pracy w innym mieście.
Siedziałyśmy w naszym trzypokojowym mieszkaniu z wielkiej płyty, tym samym, w którym mieszkałam całe życie, tylko że od śmierci taty wszystko się jakoś skurczyło. Niby metraż ten sam, ale powietrza mniej. Ja mam 38 lat, mama 72. Tata zmarł dwa lata temu i od tamtej pory praktycznie wszystko jest na mojej głowie.
Nie chodzi o to, że mama leży i wymaga opieki 24 godziny na dobę. Właśnie dlatego wszystkim się wydaje, że przesadzam. Mama chodzi, zrobi sobie herbatę, obejrzy serial, zejdzie do apteki. Ale ma cukrzycę, nadciśnienie, początki problemów z pamięcią i przede wszystkim kompletnie się posypała po śmierci taty. Nie załatwi nic sama w przychodni, nie umie ogarnąć Internetowego Konta Pacjenta, nie zamówi recepty, bo „coś kliknie nie tak”, do banku też najchętniej ze mną. Jak trzeba jechać do poradni na NFZ, to tylko ze mną. Jak przychodzi pismo ze spółdzielni, to czeka, aż wrócę i przeczytam.
Na początku było mi jej po prostu żal. Miałam pracę w biurze rachunkowym, normalny rytm dnia, swoje życie. Nie byłam mężatką, nie mam dzieci, więc w rodzinie szybko uznano, że „mi najłatwiej”. Najpierw wzięłam dwa tygodnie urlopu po pogrzebie taty. Potem pracę zdalną, bo mama nie chciała zostawać sama. Potem zmieniłam etat na pół etatu, bo ciągle coś: lekarz, badania, awantura o rachunki, płacz w nocy, że tata jej się śnił. A potem już jakoś zostało.
Tylko że ja też nie byłam bez winy. Sama wszystko brałam. Nie stawiałam granic, bo bałam się, że jak raz odmówię, to będę złą córką. Jak brat mówił przez telefon: „No ale ona najbardziej ciebie słucha”, to zamiast powiedzieć „to przyjedź i pomóż”, odpowiadałam: „dobra, ogarnę”. Brat mieszka 200 km dalej, ma rodzinę, kredyt, pracę zmianową. Przyjeżdża rzadko, ale jak przyjedzie, to potrafi zrobić zakupy, zawieźć mamę na cmentarz i uważa, że spełnił obowiązek. A ja przez długi czas udawałam nawet przed sobą, że dam radę.
Najgorsze zaczęło się rok temu. Dostałam gorszą umowę, potem firma redukowała ludzi i wypadłam pierwsza, bo byłam „mało dyspozycyjna”. Niby oficjalnie nic z opieką nad mamą nie miało wspólnego, ale wiadomo. Zostałam bez porządnej pracy, z dorywczym rozliczaniem dokumentów znajomym i z ciągłym napięciem. Oszczędności topniały, bo niby mieszkam z mamą, ale dokładam się do wszystkiego, kupuję leki, opłacam prywatne wizyty, kiedy na NFZ terminy są za pół roku. Mama ma emeryturę, ale niezbyt wysoką, a po podwyżkach czynszu i rachunków zaczęły się rozmowy, których obie nie znosiłyśmy.
„Przecież ja cię nie proszę o pieniądze” – mówiła.
„Mamo, ale jak jadę z tobą prywatnie do diabetologa i płacę 280 zł, to skądś to idzie.”
„To nie trzeba było. Poczekałabym.”
„Ale potem jest płacz, że ci słabo i że nikt się tobą nie interesuje.”
„Czyli teraz jeszcze moja choroba jest problemem?”
I tak w kółko.
Najgorsze jest to, że ja wiem, że ona też nie robi tego ze złośliwości. Ona naprawdę się boi. Została wdową po 46 latach małżeństwa i świat jej się rozsypał. Tylko że mój też. Tyle że na mój nikt nie patrzył.
Kilka miesięcy temu odezwała się do mnie koleżanka z dawnej pracy. Powiedziała, że w Poznaniu szukają kogoś do księgowości, hybrydowo, lepsze pieniądze, normalna umowa. Wysłałam CV tak trochę po cichu. Nawet nie powiedziałam mamie, bo sama nie wiedziałam, czy mam odwagę. Zaprosili mnie na rozmowę. Potem na drugą. I dostałam tę pracę.
Powiedziałam w domu przy obiedzie. Myślałam, że zacznę spokojnie: że jeszcze nic nie jest przesądzone, że mogłabym wynająć pokój, przyjeżdżać na weekendy, zorganizować pomoc z MOPS-u albo opiekę sąsiedzką, może brat by częściej wpadał albo dokładalibyśmy się na prywatną opiekunkę kilka godzin w tygodniu.
Mama odłożyła widelec i powiedziała: „Czyli po wszystkim po prostu mnie zostawisz.”
Ja już byłam zmęczona i też nie wytrzymałam.
„Nie zostawię cię, tylko nie chcę tu utknąć do końca życia.”
„Aha, czyli jestem kulą u nogi.”
„Nigdy tak nie powiedziałam.”
„Ale tak myślisz.”
I wtedy weszło najgorsze. Bo zamiast się zatrzymać, wypaliłam:
„Czasem tak. Czasem mam wrażenie, że beze mnie nawet nie próbujesz nic zrobić sama.”
Mama się rozpłakała. Powiedziała tylko: „Po śmierci taty obiecałaś, że mnie nie zostawisz.”
I to była prawda. Powiedziałam coś takiego w noc po pogrzebie, kiedy siedziała w kuchni i trzęsły jej się ręce. Tylko że wtedy nie myślałam, że ta obietnica będzie znaczyć rezygnację z pracy, życia towarzyskiego, związku, snu i spokoju. Bo tak, miałam też kogoś. Rozeszło się po cichu, bez zdrad i wielkich scen. Po prostu on miał dość odwoływanych planów i tego, że zawsze „mama ważniejsza”. Nie mam do niego żalu.
Potem odezwał się brat. Oczywiście mama do niego zadzwoniła.
„Naprawdę chcesz ją teraz tak zostawić?”
„A ty naprawdę chcesz dalej mówić przez telefon, co ja mam robić?”
„Nie przesadzaj, pomagam jak mogę.”
„Jak możesz, to weź mamę do siebie na miesiąc.”
Cisza. Potem: „Wiesz, że to nierealne.”
No właśnie. U wszystkich jest nierealne, tylko u mnie wszystko miało być oczywiste.
Tylko żebym była uczciwa: ja też nie byłam fair. Zamiast wcześniej załatwiać wsparcie, składać wnioski, rozmawiać z lekarzem rodzinnym, pytać w MOPS-ie o usługi opiekuńcze, ja przez dwa lata działałam na zaciskanych zębach i liczyłam, że jakoś się samo ułoży. A potem wyskoczyłam z informacją o wyprowadzce jak z bomby. Dla mamy to musiał być szok.
Minęły trzy tygodnie od tamtej rozmowy. Pracy jeszcze ostatecznie nie potwierdziłam, bo termin odpowiedzi mija za kilka dni. W domu jest chłodno. Mama się do mnie odzywa, ale tak oficjalnie: „herbata jest”, „list przyszedł”, „wychodzę do sklepu”. Wczoraj powiedziała tylko jedno zdanie, chyba najgorsze ze wszystkich: „Spokojnie, nauczę się być sama, skoro muszę.” I nie wiem, czy to było oskarżenie, czy próba odzyskania godności.
Siedzę z tym i mam straszne poczucie winy, ale jednocześnie jak myślę, że miałabym zostać tak na kolejne lata, to czuję panikę. Nie chcę być święta na cudzy koszt, zwłaszcza własny. Tylko czy można tak myśleć o własnej matce? Sama już nie wiem. Jak wy to widzicie?