„Usłyszałam w telefonie płacz syna i wiedziałam, że nie mogę już udawać, że ‘tak trzeba’. Wróciłam po niego do babci mimo sprzeciwu męża”

„Nie przesadzaj, każdemu dziecku dobrze robi trochę dyscypliny” – usłyszałam od męża, kiedy powiedziałam, że jadę po syna do jego mamy.

A ja chwilę wcześniej rozmawiałam z małym przez telefon i od razu czułam, że coś jest nie tak. Mówił cicho, jakby nie chciał, żeby ktoś słyszał. Zapytałam: „Co się dzieje?”. A on po chwili: „Mamo, ja nie chcę tu spać. Boję się”.

To miały być zwykłe dwa tygodnie u babci na Podkarpaciu. Córka była zachwycona, bo od małego lubiła tam jeździć. Kury, ogródek, stary dom, sąsiedzi, rower, wszystko jej pasowało. Syn jest inny. Delikatniejszy, bardziej przeżywa, gorzej znosi zmiany. Ja to wiem od dawna. Mąż niby też wie, ale uważa, że za bardzo go „chucham”.

Prawda jest taka, że to nie był tylko pomysł męża. Ja też się zgodziłam. Chciałam trochę odetchnąć, bo ostatni rok był ciężki. Praca, dom, ciągłe infekcje dzieci, moja zaległa rehabilitacja kręgosłupa, a jeszcze teściowa od miesięcy powtarzała, że „dzisiejsze dzieci są jak z waty” i że u niej nabiorą samodzielności. Pomyślałam: może faktycznie przesadzam, może syn da radę.

Pierwsze dwa dni było nawet spokojnie. Córka dzwoniła zadowolona. Syn krótko, ale myślałam, że się rozkręci. Trzeciego dnia zadzwoniłam wieczorem i słyszę, że ma zapchany nos od płaczu. Powiedział, że babcia zgasiła światło i kazała „nie wymyślać”, jak powiedział, że boi się spać sam w pokoju na górze. Ten pokój znam. Stary, skrzypiąca podłoga, ciemno, okno na sad. Dla mnie w dzieciństwie też był straszny.

Zadzwoniłam do teściowej. Powiedziałam spokojnie: „On się męczy, może niech śpi z siostrą albo z panią w pokoju?”. A ona od razu: „I co, mam z chłopa robić mazgaja? U nas każde dziecko spało samo i żyje”.

Jak mój mąż wrócił z pracy, powiedziałam mu, że chcę jutro jechać po syna. Pokłóciliśmy się chyba pierwszy raz od dawna tak serio.

„Jak teraz pojedziesz, to on się nauczy, że wystarczy popłakać i mama przyjedzie”.
„A jak nie pojadę, to czego się nauczy? Że jak się boi, to nikt go nie słucha?”
„Boi się, bo jest przyzwyczajony, że wszystko ma podane”.
„Nie wszystko. Po prostu jest wrażliwy”.
„Właśnie. I ty to wzmacniasz”.

Najgorsze było to, że trochę mnie to zabolało, bo miał w tym kawałek racji. Ja naprawdę często go wyręczam. Jak nie chce iść na urodziny do kolegi, to szukam wymówki. Jak się stresuje szkołą, od razu go osłaniam. Sama mam tendencję do ratowania wszystkich przed każdym dyskomfortem. Tylko że tym razem to nie było zwykłe marudzenie.

W nocy syn zadzwonił jeszcze raz, tym razem z telefonu córki, bo swój podobno miał oddany „żeby się tak nie nakręcał”. I wtedy powiedział więcej. Że babcia śmieje się, jak płacze. Że powiedziała przy sąsiadce: „Z takim charakterem to on sobie w życiu nie poradzi”. Że jak nie chciał zjeść zupy, bo bolał go brzuch ze stresu, to usłyszał, że posiedzi przy stole, aż zje.

Nie było tam bicia ani jakiejś patologii, żeby była jasność. Raczej to stare myślenie: dziecko ma słuchać, nie dyskutować, nie rozczulać się nad sobą. Mąż był tak wychowany i dla niego to normalne. Tylko że nasz syn nie jest jego kopią.

Rano wzięłam wolne na żądanie i pojechałam. Mąż był obrażony. Powiedział tylko: „Rób, jak uważasz, ale potem nie narzekaj”.

Jak weszłam do domu teściowej, syn siedział cicho w kuchni i aż mu ręce drżały. Na mój widok się rozpłakał, ale tak z ulgą, nie z histerii. I wtedy nawet teściowa na moment zamilkła. Powiedziała tylko: „No pięknie, teraz już w ogóle będziecie mieli z nim problem”.

Zabrałam też córkę, chociaż była zła, bo ona chciała zostać. I tu kolejny problem, bo potem obraziła się na brata, że przez niego wraca. Czyli nie było tak, że tylko ja byłam tą mądrą. W samochodzie miałam jedno dziecko roztrzęsione, drugie naburmuszone i własne poczucie winy, że w ogóle ich tam wysłałam.

W domu syn przez dwa dni spał z lampką i praktycznie nie odchodził ode mnie. Mąż na początku prawie się do niego nie odzywał. Bardziej był zły na mnie. Ale potem poszedł z nim sam na spacer i wrócił jakiś cichszy. Wieczorem powiedział: „On myślał, że jak płakał w nocy, to babcia zadzwoni po ciebie, a ty specjalnie nie przyjeżdżasz”.

To nim chyba ruszyło. Bo nagle zobaczył nie „focha”, tylko dziecko, które poczuło się zostawione.

Parę dni później usiedliśmy we trójkę, bez dzieci, i pierwszy raz spokojnie pogadaliśmy. Powiedziałam uczciwie, że ja też zawaliłam, bo zgodziłam się na ten wyjazd wbrew sobie, żeby mieć chwilę spokoju i żeby nie robić konfliktu z teściową. On przyznał, że za bardzo patrzył przez pryzmat własnego dzieciństwa i tego, że „jego nikt nie pytał o emocje, a wyrósł”. Tylko czy naprawdę wyrósł bez kosztów, to już inna sprawa.

Nie zrobiliśmy rodzinnej awantury ani wielkiego zrywania kontaktów. Dzieci widują babcię, ale już nie zostają tam same na noc. Przynajmniej na razie. Mąż też inaczej zaczął reagować na syna. Nie zawsze idealnie, dalej czasem mówi „weź się w garść”, ale częściej się zatrzyma i zapyta, o co chodzi.

Najbardziej siedzi mi w głowie to, że ja naprawdę przez chwilę dałam sobie wmówić, że wrażliwość to fanaberia, a nie cecha dziecka, z którą trzeba umieć postępować. Z drugiej strony wiem też, że nie da się usuwać mu z życia każdego stresu. Tylko gdzie jest granica między uczeniem samodzielności a zwykłym łamaniem dziecka?

Ciekawa jestem, jak wy byście to ocenili. Pojechałybyście po dziecko od razu, czy dały jeszcze czas, żeby się przyzwyczaiło?