Wróciłem po nocce i zobaczyłem obcego faceta śpiącego na naszej kanapie. Najgorsze przyszło dopiero potem
Wszedłem do mieszkania o szóstej rano, po nocce na magazynie, i od razu zobaczyłem męskie buty przy szafce. Nie moje. Duże, ubłocone, jakby ktoś wszedł w nich prosto z dworu. Serce mi siadło. W głowie od razu najgorsze, bo człowiek zmęczony, zajechany, a jak coś mu od dawna śmierdzi, to nie myśli spokojnie.
Poszedłem do salonu. Na naszej kanapie spał Paweł, młodszy brat mojej żony, w kurtce, przykryty kocem. Na stole kubek po herbacie, jakieś tabletki, niedojedzona bułka. W kuchni siedziała moja żona, Monika, blada, w dresie, z oczami jak po płaczu.
I we mnie zamiast ulgi wjechała wściekłość.
Nie dlatego, że to był on. Tylko dlatego, że znowu nikt mi nic nie powiedział. Znowu ja mam wracać do własnego domu i się domyślać. Jak debil.
Monika powiedziała, żebym mówił ciszej, bo Paweł zasnął dopiero nad ranem. Wtedy usłyszałem, że pokłócił się z żoną, że podobno go wyrzuciła, że siedział pod blokiem i do niej dzwonił. Przyjechała po niego, bo bała się, że coś sobie zrobi. I tu właśnie wszystko zrobiło się grube, bo z jednej strony pomyślałem: dobra, chłop ma kryzys, różnie bywa. Ale z drugiej — ja od miesięcy ledwo stoję.
Mam 39 lat. Kredyt hipoteczny na 28 lat. Dwie raty za auto dostawcze, bo po pracy na etacie jeszcze dorabiam przewozami. ZUS za działalność mnie dusi, wspólnota mieszkaniowa podniosła opłaty, syn potrzebuje aparatu na zęby, a córka korepetycji z matmy. Człowiek haruje jak wół i słyszy tylko, że go nie ma, że nie rozmawia, że jest nieobecny.
No to wtedy powiedziałem coś, czego nie cofnę.
Że jak Monika ma siłę ratować wszystkich dookoła, a dla mnie od pół roku ma tylko pretensje i ciche dni, to może niech się wprowadzi do brata i jemu robi herbatki po nocach.
Spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczyła obcego faceta.
Powiedziała spokojnie, aż za spokojnie, że Paweł od trzech miesięcy jest na skraju załamania, stracił robotę w tartaku, żona go ciśnie o kasę, teściowie go mieszają z błotem, a wczoraj zostawił auto przy torach i wyszedł. Jakiś kierowca zadzwonił do jego żony, ta do Moniki. I że ona nie miała czasu pisać mi elaboratów, bo próbowała go ściągnąć z powrotem do ludzi.
A potem dołożyła coś, co zabolało bardziej niż tamten facet na kanapie.
Że ze mną od dawna jest podobnie, tylko ja nie stoję przy torach, ale znikam codziennie po kawałku. I że jak wracam, to przynoszę pieniądze, reklamówki i zmęczenie, ale mnie samego już prawie nie ma.
Chciałem odburknąć, że ktoś te rachunki płaci. Że alimentów nikt na mnie nie ściąga, bo jeszcze jestem i robię, co trzeba. Że facet też ma swoją godność i nie musi co wieczór spowiadać się ze zmęczenia. Ale nic nie powiedziałem.
Usiadłem tylko przy stole i patrzyłem na ten kubek po herbacie. Głupie, ale wtedy dotarło do mnie, że obcemu chłopu we własnym domu zazdrościłem nie żony, tylko tego, że ktoś go zauważył, kiedy się sypał.
Paweł obudził się koło dziewiątej. Wyszedł zawstydzony, nie patrzył mi w oczy. Powiedział tylko, że przeprasza za najście i że odda za paliwo, bo Monika jechała po niego do Skierniewic. Jakby tu chodziło o paliwo.
Dwa dni później spakowałem torbę i pojechałem na działkę po ojcu. Nie na zawsze. Tak sobie mówiłem. Chciałem ciszy, żeby nie powiedzieć czegoś gorszego. Monika nie zatrzymywała mnie na siłę. Tylko zapytała, czy ja w ogóle chcę jeszcze ratować dom, czy tylko udowodnić, że mam rację.
Siedzę tu trzeci tydzień. Jeżdżę do pracy, płacę rachunki, odbieram syna na trening, ale do mieszkania wchodzę jak gość. Monika pisze krótko, konkretnie. Bez awantur. To chyba nawet gorsze.
Nie wiem, czy bardziej zabolało mnie to, że wpuściła obcego faceta do naszego domu bez słowa, czy to, że miała odwagę ratować jego, a mnie już od dawna tylko znosiła.
Czasem myślę, że przesadziłem. A czasem, że jakbym wtedy połknął to wszystko jeszcze raz, to już całkiem wyszedłbym na frajera. I sam nie wiem, co gorsze.