„Jak mama trafiła do szpitala, nagle wszyscy sobie o mnie przypomnieli. Wtedy pierwszy raz powiedziałam: dość”
„Czyli co, zostawisz matkę samą?” – to było pierwsze, co usłyszałam od siostry, jak powiedziałam, że nie wezmę kolejnego zwolnienia i nie będę siedzieć u mamy po 12 godzin dziennie.
Powiedziałam tylko: „Nie zostawię jej samej. Ale ja już nie dam rady robić wszystkiego sama”.
I wtedy się zaczęło. Że jestem niewdzięczna. Że przecież nie mam dzieci, więc mam łatwiej. Że mieszkam najbliżej, więc to „naturalne”. Że mama zawsze „najbardziej mogła na mnie liczyć”. Tylko jakoś nikt nie dodał, że głównie wtedy, kiedy trzeba było coś załatwić, zawieźć, posprzątać, odstać swoje w przychodni, wykupić leki albo siedzieć na SOR-ze do nocy.
Całe życie tak miałam. Na święta byłam dobra do lepienia pierogów i sprzątania po wszystkich. Przy remontach byłam dobra do pilnowania fachowców. Jak trzeba było pojechać z mamą do ZUS-u, do kardiologa na NFZ, do apteki, do banku, to oczywiście telefon do mnie. Ale jak był rodzinny obiad, wspólne wyjazdy, decyzje, żarty, plany – to ja zawsze jakby obok. Niby obecna, ale nie naprawdę zapraszana do środka.
Sama też nie jestem bez winy, żeby było jasne. Przyzwyczaiłam wszystkich, że załatwię. Nigdy nie mówiłam wprost, że mnie to boli. Jak miałam pretensje, to dusiłam w sobie, a potem i tak jechałam z zakupami, bo było mi głupio odmówić. Czasem sama wchodziłam w tę rolę „tej ogarniętej”, bo przynajmniej wtedy byłam potrzebna. Tylko z potrzebności do miłości jest bardzo daleko.
Sprawa wybuchła miesiąc temu. Mama po słabszym dniu trafiła do szpitala powiatowego. Nic dramatycznego, ale po wyjściu było wiadomo, że przez jakiś czas nie powinna być sama. I wtedy rodzeństwo zrobiło naradę na grupie rodzinnej, na której oczywiście wcześniej prawie nikt się nie odzywał.
Brat napisał: „Marta, ty pracujesz zdalnie, to możesz posiedzieć”.
Odpisałam: „Pracuję, a nie siedzę. Mam normalną pracę, terminy i szefa”.
Siostra od razu: „Ale my dojeżdżamy, mamy dzieci, szkołę, życie”.
Napisałam: „Ja też mam życie”.
I tu wyszło to, czego wcześniej głośno nie mówiłam. Od dwóch lat praktycznie co drugi weekend byłam u mamy. Sprzątanie, pranie, zakupy z Biedronki, umawianie wizyt przez IKP, odbieranie recept, wożenie na badania. Jak mama miała gorszy humor, to też ja to zbierałam, bo do mnie dzwoniła. Rodzeństwo wpadało od święta, na godzinę, z ciastem i zdjęciem na Facebooka, że „rodzina jest najważniejsza”. A potem znikali.
Tylko że prawda nie jest taka prosta, jak bym chciała. Mama też nie jest łatwą osobą. Ona naprawdę częściej prosi mnie niż ich, ale sama do tego doprowadziła. Im odpuszczała wszystko, bo „mają swoje rodziny”, a ode mnie wymagała więcej, bo „ty zawsze byłaś rozsądna”. Jak kiedyś powiedziałam, że może brat by pojechał z nią do poradni, usłyszałam: „Po co mam go męczyć, on się denerwuje takimi sprawami”. Czyli mnie męczyć można.
Najgorsze było to, że długo się na to godziłam i jeszcze miałam żal do wszystkich, zamiast postawić sprawę jasno. Nawet przed samą sobą udawałam, że robię to z serca. Robiłam. Ale też ze strachu, że jak przestanę, to już w ogóle nikomu nie będę potrzebna.
Po wyjściu mamy ze szpitala przyjechaliśmy do niej we troje. Powiedziałam spokojnie: „Nie wezmę tego na siebie sama. Mogę być w poniedziałki i czwartki po pracy, mogę ogarniać lekarzy i leki, ale codzienne siedzenie musi być podzielone albo trzeba załatwić opiekę”.
Mama od razu: „Obcej baby do domu nie wpuszczę”.
Brat: „No to chyba jasne, że rodzina powinna pomóc”.
Wtedy pierwszy raz powiedziałam to przy wszystkich: „Rodzina to nie znaczy Marta”.
Zapadła taka cisza, że aż mi było niedobrze.
Siostra się rozpłakała i powiedziała, że jestem okrutna. A potem zaczęła wyliczać, że ona ma ratę kredytu, dzieci, teściów i pracę na zmiany. Brat stwierdził, że może dawać pieniądze, ale czasu nie ma. Ja na to, że pieniądze też są potrzebne, bo można wziąć opiekunkę z MOPS-u chociaż na kilka godzin tygodniowo albo prywatnie kogoś do pomocy. Mama obrażona, że „jeszcze żyje i nie trzeba jej oddawać”.
I wtedy wyszła jeszcze jedna rzecz. Siostra powiedziała: „Łatwo ci mówić, bo i tak mama przepisała mieszkanie tobie”.
Mnie zatkało, bo nie miałam pojęcia, o czym ona mówi. Okazało się, że mama od miesięcy wszystkim opowiadała, że „to mieszkanie i tak będzie dla Marty, bo Marta się nią zajmuje”. Tylko ze mną o tym nigdy nie rozmawiała. Rodzeństwo żyło w przekonaniu, że ja dlatego tak latam koło mamy. A ja nawet nie wiedziałam, że taki temat w ogóle istnieje.
Powiedziałam do mamy: „Naprawdę tak mówiłaś?”
A ona: „No bo kto mi pomaga? Oni? Przynajmniej ty masz z tego jakiś pożytek”.
To mnie rozwaliło bardziej niż pretensje rodzeństwa. Bo nagle wyszło, że nawet moja opieka została przez nią zamieniona w jakiś układ. Nie córka, tylko inwestycja. A z drugiej strony rozumiem też siostrę i brata, bo jeśli słyszeli coś takiego, to pewnie od dawna patrzyli na mnie podejrzliwie.
Powiedziałam wtedy, że nie chcę żadnych obietnic za opiekę i nie zgadzam się na takie stawianie sprawy. Jak ma być pomoc, to wspólnie i uczciwie, a nie na zasadzie cichego handlu mieszkaniem i moim czasem.
Skończyło się tak, że się pokłóciliśmy, wyszłam i dwa dni nikt się do mnie nie odzywał. Potem brat przelał trochę pieniędzy na leki, siostra wzięła mamę do siebie na jeden weekend, a ja załatwiłam przez przychodnię kontakt do pielęgniarki środowiskowej i zaczęłam szukać kogoś do pomocy kilka godzin w tygodniu. Mama dalej jest obrażona, że „wszyscy robią z niej problem”, ale powoli chyba dociera do niej, że ja nie wrócę już do starej roli.
Mam wyrzuty sumienia, bo to jednak moja mama i wiem, że starość jest upokarzająca. Ale mam też żal, że w tej rodzinie byłam dobra głównie wtedy, kiedy trzeba było coś unieść. I chyba pierwszy raz nie chcę już udowadniać, że dam radę wszystko sama.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale czuję, że jakbym znowu odpuściła, to całkiem bym się rozsypała. Jak wy byście to ustawili na moim miejscu?