„To po co ja wam byłam?” — zabolało mnie, kiedy synowa zaprowadziła mojego wnuka do żłobka mimo że od dwóch lat to ja byłam przy nim codziennie
„Czyli co, od przyszłego miesiąca oddajecie go do żłobka? A ja się o tym dowiaduję przy niedzielnym obiedzie?” — wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Syn odłożył widelec i tylko spojrzał na synową. Ona westchnęła i powiedziała: „Chcieliśmy powiedzieć wcześniej, ale wiedzieliśmy, że będzie awantura”.
I to mnie zabolało chyba bardziej niż sam żłobek.
Od dwóch lat byłam przy wnuku praktycznie codziennie. Jak synowa wracała po macierzyńskim do pracy, to ja przejęłam opiekę. Rano przychodziłam do nich, robiłam mu śniadanie, wychodziłam na spacer, usypiałam, czasem jeszcze obiad ogarnęłam. Nikt mnie do tego nie zmuszał, sama proponowałam. Nawet byłam dumna, że jestem potrzebna. Mówiłam wszystkim w rodzinie: „Po co obcym oddawać dziecko, jak babcia jest?”.
Tylko że z czasem chyba zaczęłam traktować to nie jak pomoc, tylko jak swoje miejsce, którego nikt nie ma prawa ruszyć.
Powiedziałam wtedy przy stole: „To po co ja wam byłam? Jak meble? Na przeczekanie, aż się miejsce zwolni w publicznym żłobku?”
Syn się zdenerwował. „Mamo, nie przesadzaj. Byłaś i jesteś dla nas ogromnym wsparciem. Ale on rośnie”.
„Rośnie? U babci nie rośnie?”
Synowa już też puściły nerwy. „Nie o to chodzi. Chcemy, żeby miał kontakt z dziećmi, nauczył się funkcjonować bez ciebie i bez nas. I żeby wszystko nie było pod ciebie ustawione”.
To „pod ciebie” zabolało mnie strasznie.
Bo fakt, przyzwyczaiłam się. Jak chcieli go zapisać na jakieś zajęcia, to mówiłam, że bez sensu. Jak synowa wspominała o żłobku już kilka miesięcy temu, od razu odpowiadałam, że w żłobkach dzieci ciągle chore, że panie nie dopilnują, że taki maluch potrzebuje bliskości. Jak planowali urlop we trójkę, to pytałam, po co, skoro ja mogę z nim zostać, a oni sobie pojadą sami odpocząć. Dzisiaj widzę, że wtrącałam się za bardzo, ale wtedy wydawało mi się, że po prostu pomagam i mam doświadczenie.
Najgorsze było to, że wnuk przy mnie był bardzo związany. Jak tylko widział, że synowa bierze kurtkę, to leciał do mnie. Na początku mnie to cieszyło. Nawet głupio czasem mówiłam: „No widzisz, babcię wybiera”. Raz synowa przy mnie się popłakała i powiedziała: „Naprawdę musisz tak mówić?” Wtedy się obraziłam, zamiast pomyśleć.
Po tamtym obiedzie przez dwa dni nie odbierałam telefonu. Potem syn przyjechał sam. Usiadł w kuchni i powiedział: „Mamo, mam ci coś powiedzieć, ale proszę, nie unoś się od razu”.
No i usłyszałam, że już wcześniej próbowali sprawdzić, jak mały zareaguje na kilka godzin beze mnie. Zostawał z drugim dziadkiem, czasem z ciocią, ale przy odbiorze był płacz i histeria. Nie dlatego, że oni coś źle robili, tylko dlatego, że on był przyzwyczajony, że wszystko kręci się wokół jednego schematu: mama, tata i babcia. Syn powiedział mi wprost: „Ty go bardzo kochasz, ale nie dajesz mu przestrzeni. I nam też trochę nie”.
Zapytałam: „Czy ty mi zarzucasz, że skrzywdziłam własnego wnuka?”
A on na to: „Nie. Mówię tylko, że przesadziliśmy wszyscy. My, bo było nam wygodnie. Ty, bo weszłaś za mocno”.
To było uczciwe, choć bolało.
Potem wyszły jeszcze inne rzeczy. Synowa czuła, że jest oceniana. Że jak dawała mu słoiczek zamiast gotować, to przewracałam oczami. Jak pozwalała mu pobrudzić się na placu zabaw, to mówiłam, że zaziębi pęcherz albo się rozchoruje. Jak wracała zmęczona z pracy, to potrafiłam rzucić: „No, dziecko cały dzień tęskniło”. Dla mnie to były takie zwykłe teksty. Dla niej — szpile.
Najtrudniejsze przyszło pierwszego dnia żłobka. Nie poprosili mnie, żebym poszła z nimi. I wtedy dopiero dotarło do mnie, że oni naprawdę chcą to zrobić po swojemu. Siedziałam rano w domu, patrzyłam na kubek po kawie i ryczałam jak głupia. Czułam zazdrość o własne dziecko i o własnego wnuka, aż mi było wstyd przed samą sobą.
Po tygodniu synowa zadzwoniła. Myślałam, że może mały chory i znowu jestem potrzebna. A ona tylko powiedziała: „Zaadaptował się lepiej, niż myśleliśmy. Płacze chwilę, potem idzie do dzieci”. Niby dobra wiadomość, a mnie ścisnęło w gardle. Złapałam się na tym, że wolałabym usłyszeć, że beze mnie sobie nie radzą.
To był chyba najgorszy moment, bo zobaczyłam, jaka się zrobiłam. Nie jakaś potworna, ale po prostu za bardzo uczepiona tego, że jestem niezastąpiona.
Teraz dalej go widuję, tylko inaczej. Odbieram czasem ze żłobka, jak naprawdę potrzebują. Przychodzi do mnie w soboty, pieczemy razem placuszki, idziemy na plac zabaw. Już nie jestem centrum jego świata i muszę to przełknąć. Czasem dalej mnie kłuje, jak biegnie najpierw do dzieci, a nie do mnie. Ale też widzę, że jest odważniejszy, bardziej samodzielny, mniej się boi nowych rzeczy.
Najtrudniej było mi chyba przyznać, że nie chodziło tylko o jego dobro, ale też o moje poczucie bycia potrzebną. A tego przecież żaden wnuk nie powinien dźwigać.
Nadal uważam, że babcia może dać dziecku bardzo dużo, ale chyba nie powinna walczyć z rodzicami o pierwsze miejsce. Ciekawa jestem, czy ktoś z was był po którejś stronie takiej sytuacji i jak to u was wyglądało.