Milczałam, kiedy w pracy zrobili z niej „problem”. Dziś nie wiem, czy bardziej zawiódł system, czy ja sama
„Ty też teraz będziesz udawać, że nic nie widziałaś?” – usłyszałam to na parkingu pod urzędem, kiedy wychodziłam po pracy. Zatrzymałam się jak wryta, bo powiedziała to do mnie dziewczyna z naszego sekretariatu, ta sama, o której od tygodni wszyscy szeptali, że „ma znowu jakiś problem”.
Powiedziałam tylko: „Nie wiem, o co ci chodzi”. I już wtedy skłamałam.
Pracuję w jednostce podległej pod starostwo. Małe miasto, wiadomo jak jest – każdy każdego kojarzy, a jak coś wyjdzie, to potem człowiekowi ciężko spojrzeć ludziom w oczy w Biedronce czy w przychodni. U nas najważniejsze zawsze było, żeby „nie robić afery”, bo kontrola, bo opinia, bo kierownik ma swoje układy i wszystko ma wyglądać porządnie na zewnątrz.
Ta dziewczyna przyszła do nas rok wcześniej. Cicha, konkretna, po studiach, trochę spięta, ale ogarnięta. Na początku kierownik ją chwalił. Potem nagle zaczął przy wszystkich docinać.
„Znowu to źle wpisałaś?”
„Naprawdę trzeba ci wszystko tłumaczyć dwa razy?”
„Jak sobie nie radzisz, to może urząd to nie miejsce dla ciebie”.
Przy nas to jeszcze brzmiało jak zwykłe czepianie się. Sama mówiłam w domu do męża, że kierownik jest trudny, ale może ona też jest przewrażliwiona. I to był mój pierwszy błąd – wolałam sobie to uprościć, żeby nie czuć, że powinnam coś zrobić.
Potem kilka razy widziałam, jak wychodziła od niego z gabinetu czerwona, z mokrymi oczami. Raz w kuchni powiedziała półgębkiem: „On mówi co innego przy was, a co innego jak jestem sama”. Zapytałam: „Ale co konkretnie?”. A ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała: „Nieważne”. Szczerze? Odetchnęłam. Bo dopóki nie powiedziała wprost, mogłam udawać, że nic nie wiem.
Sprawa pękła przez jednego maila. Wysłała do kadr prośbę o przeniesienie do innego referatu. Kadrowa, zamiast to załatwić po cichu, puściła temat wyżej. Zrobili rozmowę „wyjaśniającą”. Wezwali ją, kierownika i dwie osoby jako świadków. Jedną z nich byłam ja.
Przed wejściem kierownik powiedział do mnie na korytarzu: „Powiedz po prostu, jak jest. Konfliktowa osoba, nie radzi sobie z presją i tyle. Nie mieszajmy w to emocji”. Powiedział to spokojnie, jakby chodziło o jakiś obieg faktur.
I najgorsze jest to, że ja nie zaprotestowałam. Tylko kiwnęłam głową.
W środku kadrowa zaczęła urzędowym tonem: „Pani sygnalizuje trudności we współpracy. Prosimy o konkrety”. Ta dziewczyna trzęsła się cała. Powiedziała, że kierownik zamykał drzwi, mówił, że jest „za słaba psychicznie do administracji”, że pytał, czy bierze jakieś leki na nerwy, że sugerował, że przez takich ludzi urząd ma później skargi i obciach. Raz podobno powiedział: „Jak pani chce robić karierę tutaj, to musi pani nauczyć się być wdzięczna za prowadzenie”.
Kierownik od razu się oburzył: „To są insynuacje. Ja ją próbowałem wdrożyć, ale każda uwaga była odbierana jak atak”. Kadrowa popatrzyła na mnie i na drugą koleżankę.
I wtedy powiedziałam: „Przy mnie nie było nic niestosownego”.
To była prawda, ale nie cała.
Nie powiedziałam, że widziałam, jak specjalnie zostawiał ją po godzinach przy rzeczach, które spokojnie można było zrobić rano. Nie powiedziałam, że dwa razy słyszałam przez cienką ścianę podniesiony głos. Nie powiedziałam, że sama raz usłyszałam od niego: „Młode teraz wszystko nazywają mobbingiem”. Nie powiedziałam też, że wcześniej ta dziewczyna napisała do mnie na Messengerze, czy mogę potwierdzić, że była kilka razy zostawiana sama z jego „uwagami”, a ja odpisałam dopiero następnego dnia: „Nie chcę się w to mieszać”.
Po tej rozmowie oficjalnie uznano, że to „problem komunikacyjny” i zaproponowano jej konsultację z medycyną pracy, bo „być może stres wpływa na odbiór sytuacji”. Jak to usłyszałam, to aż mnie ścisnęło w żołądku. Ona wstała i powiedziała: „Czyli jak się boję przychodzić do pracy, to problem jest we mnie?”. Nikt jej nie odpowiedział wprost.
Tydzień później poszła na L4. Potem dowiedzieliśmy się, że złożyła wypowiedzenie. W biurze szybko wróciło „normalnie”. Nawet za szybko. Kierownik przez dwa dni był cichszy, a potem znowu żarty przy kawie, teksty o profesjonalizmie, o lojalności wobec urzędu.
Myślałam, że sprawa się skończyła, ale nie. Po miesiącu zadzwoniła do mnie jej matka. Skąd miała numer, nie wiem. Powiedziała tylko: „Moja córka od tamtej rozmowy leczy się psychiatrycznie. Nie dzwonię, żeby panią straszyć. Chcę tylko wiedzieć, czy naprawdę nikt nic nie widział”.
I ja wtedy pierwszy raz się rozsypałam. Bo zrozumiałam, że całe to moje „nie wiem”, „nie byłam przy tym”, „nie chcę się mieszać” było wygodne głównie dla mnie. Mam kredyt, mam dziecko na studiach, bałam się stracić pracę i opinię osoby konfliktowej. Tylko że ona też miała swoje życie i też pewnie bała się o przyszłość. Po prostu była tam sama.
Nie jestem święta. Sama kiedyś plotkowałam o niej z innymi, że może przesadza. Sama nie chciałam zostać tą, która „robi aferę”. Z drugiej strony wiem też, że w takich miejscach człowiek naprawdę się boi. Jedno słowo i nagle masz gorszy grafik, gorszą ocenę, pomijanie przy premii, atmosferę nie do wytrzymania. U nas to się nie dzieje oficjalnie, tylko tak, żeby niczego nie dało się udowodnić.
Od tamtej pory noszę w sobie pytanie, czy moje milczenie to było tylko tchórzostwo, czy już współudział. Bo ja jej krzywdy sama nie zrobiłam, ale też nie powiedziałam tego, co mogło chociaż utrudnić zamiecenie sprawy pod dywan. Ciekawa jestem, jak wy to widzicie – czy w takiej sytuacji milczenie też waszym zdaniem obciąża człowieka?